Bitwa o Bruse
Z rozgrzanych do czerwoności dział wystrzelił pierwszy pocisk. Zaraz za nim kolejny. I kolejny. Przestrzeń wypełniły tysiące pędzących przed siebie rakiet. Śmiercionośne lasery co rusz przeszywały wilgotne powietrze, zostawiając po sobie kłęby pary.

Brusa
Muzyka w tle do czytania:
ZACZYNA SIĘ OD -
Błysk rozświetlił przestrzeń kosmiczną księżyca Brusa. Z nadprzestrzeni wydostał się pierwszy krążownik bojowy Imperium. Podłużny tytaniczny kadłub statku przysłaniały zabójczo precyzyjne emitery laserów i wyrzutnie rakiet. Wszystkie skierowane w jeden punkt – nadwodną stolicę Brusan.
Statek sunął w stronę lśniącej błękitem kuli zamieszkiwanej przez jedną z ostatnich ras stawiających opór Imperium. Matowy kadłub, ledwo widoczny w świetle odległych gwiazd, powoli wlatywał w atmosferę księżyca. W pewnej chwili, na wysokości chmur, krążownik rozświetliła na moment niebieska poświata. Zaczęły działać urządzenia demaskujące Brusan. Kłęby chmur zalśniły i wychynął z nich drugi krążownik imperialny. A za nim kolejne. W jednej chwili całe niebo księżyca Brusa wypełniły najpotężniejsze statki bojowe galaktyki. A wśród nich potężny, rzucający cień na znaczną część powierzchni księżyca Goliat – imperialny statek-matka.
W tej chwili rozpoczęła się inwazja.
Z rozgrzanych do czerwoności dział wystrzelił pierwszy pocisk. Zaraz za nim kolejny. I kolejny. Przestrzeń wypełniły tysiące pędzących przed siebie rakiet. Śmiercionośne lasery co rusz przeszywały wilgotne powietrze, zostawiając po sobie kłęby pary. Cały zabójczy arsenał Imperium skierowany był w jeden punkt – górującą na tle opustoszałego, piaszczystego lądu fortecę chronioną przez cztery przepotężne działa i energetyczną barierę neutralizującą ostrzał statków imperialnych.
Działa unosiły się powoli, ustawiając się w kierunku chmary nadlatujących statków. Zaczęły strzelać z nieprawdopodobną szybkością. W jednej chwili całą przestrzeń spowiła jasnoniebieska poświata. Wiązki skumulowanej energii popędziły w stronę krążowników tak szybko, że nie było czasu na unik. Energia, po zetknięciu z tytanowymi kadłubami, w jednej chwili doprowadzała do eksplozji.
Imperialne zastępy natychmiast się rozproszyły. Lżejsze korwety pędziły niemalże pionowo w dół, w stronę lądu. Większe krążowniki utrzymywały pozycję, próbując przebić się przez dotychczas nienaruszoną tarczę energetyczną chroniącą fortecę. A nad tym wszystkim górował niewzruszony Goliat.
W oceanie ogarniającym większość księżyca utworzył się rosnący z każdą sekundą wir. Po dłuższej chwili spod powierzchni oceanu wychynęła wielka, pordzewiała i porośnięta brusańską florą brama. Otworzyła się z przeraźliwym zgrzytem. Ze szczeliny wyleciał rój niewielkich, autonomicznych statków kosmicznych Brusan. Każdy wyposażony był w szybkostrzelne działo laserowe, które przy odpowiedniej intensywności ostrzału było w stanie bez większego problemu przebić się przez bariery krążowników Imperium. Rój brusańskich statków pomknął na orbitę księżyca, na której gromadziły się kolejne jednostki imperialnej floty. Walka rozgorzała również w kosmosie.
Tymczasem na lądzie zaroiło się od żołnierzy klanów Imperium. Ramię w ramię z syntetycznymi gatunkami Imperio Sap do boju stawali wojownicy najsilniejszych militarnie ras klanów Corso, Thiev oraz legendarne, zmechanizowane jednostki klanu Tech. W równych szeregach przeszli przez strzelającą błyskawicami barierę i wkroczyli na bezpośrednie terytorium lądowej fortecy Brusan.
W pierwszym szeregu oddziału Imperio Sap maszerowały dwie jednostki całkowicie różniące się od pozostałych. Jedna z nich, niższa od pozostałych, o wyraźnie zarysowanej muskulaturze i białymi pasami wymalowanymi na czarnej skórze, dumnie kroczyła w stronę fortecy wroga. Był to Konan, jeden z przedstawicieli rzadko spotykanych już Homet Niz. Nie dzierżył żadnej broni. Nikogo to jednak nie dziwiło. A na pewno nie towarzyszącego mu Atilę, który z kolei był nieco wyższy od kroczących za nim, niemalże identycznych Imperio Sap. W pewnych aspektach bardzo ich przypominał – miał podobne rysy twarzy i niemalże identyczną budowę ciała. Nawet kroczył w zbliżony sposób. Wyróżniała go jednak prosta, równa blizna po pionowym cięciu pod lewym okiem i kikut po małym palcu prawej dłoni. Wydawał się również znacznie starszy. Bez wątpienia był to jeden z przedstawicieli Imperio Sap, ale inny – organiczny. Pochodził z dawnych czasów, zanim jego z jego rasy zostały tylko syntetyczne, bezmyślnie oddane klony.
Atila i Konan szli ramię w ramię na czele wielotysięcznej armii imperialnej. Niebo nad nimi huczało od eksplozji ładunków wybuchowych. Ziemię, po której kroczyli, wypełniały dymiące odłamki zniszczonych krążowników bojowych. Cała siła ognia wroga kierowała się ku nadlatującym statkom Imperium – w stronę kroczącej armii nie padł ani jeden strzał. Za to gęste powietrze spowijające żołnierzy z każdą chwilą wypełniało się mgłą. Jasnofioletową, nienaturalną mgłą. I to bardzo martwiło Atilę, który stawiał kolejne kroki z coraz większą ostrożnością.

Koncept Ilustracja

Przed nimi zamajaczył niewyraźny kształt. Coś mignęło przed oczyma Atili, ale gdy wytężył wzrok, nie był w stanie niczego dostrzec. Mgła była tak gęsta, że widział jedynie Konana i kilku Imperio Sap wokół niego. Odgłosy starć na niebie zdawały się być znacznie przytłumione. Atila słyszał jedynie miarowe skrzypienie mechanicznych stawów towarzyszących mu syntetyków oraz płytki oddech Konana. Spojrzał w rozbiegane oczy towarzysza i wyszeptał:
– Gotowy?
– Jak nigdy, stary draniu – odwarknął. W jego głosie dało się wyczuć zwierzęcą nutę.
W tym momencie z nieprzeniknionej mgły pomknęła w ich stronę chmara włóczni. Atila i Konan natychmiast się uchylili. Takiego refleksu nie mieli jednak Imperio Sap za nimi. Trafionych żołnierzy omiotła wiązka energii. Doszło w ich ośrodkach centralnych do zwarcia. Padli na ziemię, a chwilę później eksplodowali. Piaszczyste podłoże pokryło się resztkami stali i oleju.
Konan warknął. Skulił się. Jego ciało zaczęło się zwiększać. Mięśnie rosły, pokrywając się błyszczącym, granatowym futrem. Pysk wydłużył się. Zalśniły ogromne, białe kły. Ogromne, czarne oczy zaszły krwią. Zawył, gdy przemienił się w ogromnego Wilkena – przerażającego stwora przypominającego wyrośniętego wilka. Wilkeny występowały wyłącznie w jednym miejscu w całym znanym wszechświecie – na żyjącej planecie Lód, jednej z przedstawicieli mitycznej rasy Dun. Mało kto miał okazję spotkać Wilkena. A gdy spotkał, najczęściej rychło kończył swój żywot rozerwany na maleńkie kawałeczki.
Konan zawył. W tej chwili z mgły wyłoniła się monumentalna sylwetki dzierżąca halabardę zakończoną trójzębnym ostrzem. Wojownik Brusan poruszał się na zwinnych mackach, które płynnie przechodziły w turkusowy, podobny do ludzkiego tułów. Szarozielone włosy przypominające wodorosty splótł w kok z tyłu głowy. W twarzy o ostrych, kobiecych rysach kryły się przenikliwe głębokie oczy. A w nich – prawdziwa nienawiść.
Brusan ruszył bez lęku na Konana. Ten napiął potężne mięśnie i jednym skokiem dopadł Brusana. Wojownik próbował obronić się swoją halabardą. Bezskutecznie. Konan złapał ją w paszczę i zmiażdżył jednym ruchem szczęki. Następnie chwycił wroga za gardło i rozszarpał je z wściekłością dzikiego zwierza. Niebieska krew splamiła ziemię księżyca Brusan. Rozpoczęła się wojna totalna.
Atila, który wcześniej padł na ziemię, by uniknąć włóczni, sięgnął do sakwy przy pasie i wyciągnął z niej niewielki, sześcienny przedmiot. Lśniąca czerwień wydobywająca się z artefaktu rozbłysła, a ciało Atili pokryła zbroja stworzona z czystej energii. W jego dłoni zmaterializowało się długie ostrze. Gdy Konan dopadł pierwszego Brusana, Atila rzucił się mu na pomoc. Jednak drogę zastąpił mu kolejny przeciwnik. Ich ostrza starły się. Atila ponownie machnął mieczem. Tym razem zamarkował uderzenie z prawej strony, po czym szybko przekręcił dłoń, by wykonać pchnięcie prosto w szparę łuskowej zbroi chroniącej pierś wroga. Udało się. Niebieska krew trysnęła mu prosto w twarz.
Gdy przeciwnik padł, Atila rzucił okiem na sytuację w pobliżu. Mgła rozwiewała się. Dostrzegł, że Konana otoczyła gromada wrogów. Nie byli jednak w stanie przebić się przez stalowe mięśnie jego wilkeńskiej formy. Atila ruszył, by mu pomóc, a wraz z nim kolejni Imperio Sap uzbrojeni w lśniące, cybernetyczne ostrza.
W okolicy zapanował chaos. Żołnierze Imperium walczyli głównie w bliskim dystansie. Taka była strategia – Brusanie byli wyposażeni w tarcze, które odbijały pociski – zarówno energetyczne, jak i konwencjonalne. Dlatego w tym starciu broń palna była praktycznie bezużyteczna. Brusan dało się jednak pokonać w walce wręcz. Atila, wytrawny szermierz, kilkoma płynnymi cięciami wytrącał przeciwnika z równowagi, a następnie pozbawiał życia jednym celnym pchnięciem. Nigdy nie ryzykował starcia z kilkoma Brusanami naraz – dlatego walczył ramię w ramię z Konanem. Ten, dzięki zdolności transmutacji, którą zyskał lata temu po przetrwaniu tajnych eksperymentów Imperium, mógł zamieniać się w niemalże każdą istotę. Znany był jednak przede wszystkim ze swej wilkeńskiej formy, która siała postrach na terenie całej galaktyki. Konan w trakcie walki wpadał we wrogów i zwracał na siebie ich uwagę. Sam potrafił sobie poradzić nawet z kilkunastoma żołnierzami wroga. Niedobitkami zajmował się Atila, który szybkimi cięciami dokonywał sprawnej egzekucji. Razem byli niemalże niepokonani.
Mimo to Brusanie nieustannie odpierali ataki najeźdźców. Wychodzili z fortecy w równych formacjach, ustawieni w taki sposób, by tarczą chronić najbliższego towarzysza, a bronią dzierżoną w drugiej dłoni swobodnie atakować z dystansu. Gdy utrzymywali szeregi, praktycznie żadna siła nie była w stanie ich pokonać. Kolejne oddziały ścierające się z Konanem i Atilą musiały otrzymać informację o ich obecności, gdyż wyraźnie zmienili taktykę. Brusanie stali się bardziej defensywni. Konan nie był w stanie się do nich zbliżyć na tyle, by złamać ich formację. Imperium straciło początkowy impet, a szale zwycięstwa przechylały się na wodnych mieszkańców księżyca.
1.

Koncept Ilustracja
*
Walki toczyły się już od wielu godzin. Małe, pomarańczowe słońce znikało za horyzontem. Po przeciwnej stronie nieba wschodziło drugie – większe, lśniące mocnym błękitem. Kolejne słońce obejmowało władzę w przestworzach po pokonanej gwieździe, która uciekła z pola bitwy, jakby walcząc o przetrwanie i zbierając siły do kolejnego uderzenia.
Piaszczyste podłoże nasiąknięte wielobarwną mieszanką krwi, oleju i płynów ustrojowych przysłaniały stosy ciał. Konan i Atila, nieźle już poturbowani, resztkami sił próbowali wydostać się z zacieśniającego się kręgu Brusan. Byli otoczeni. Dwóch wojowników, ramię w ramię, walczyło o ostatnie sekundy życia.
Gruchot łamanych kości. Przeszywający krzyk. Konan padł na ziemię po tym, jak jeden z wrogów odciął mu prawą dłoń, którą zamienił w długie ostrze. Atila zareagował natychmiast. Wyciągnął sześcian i stworzył kopułę ochronną, pod którą skrył się razem z przyjacielem. Wiedział już, że koniec jest bliski. Energetyczna bariera pod wpływem uderzeń słabła. Atila zamknął oczy.
I wtedy wszystkich wrogów ściął z nóg potężny, złoty promień. Zahuczało, a koło nich wylądowała wysoka, szczupła postać. Była wyposażona w kombinezon i hełm, który zasłaniał jej twarz. Schyliła się nad Atilą i Konanem. W jej dłoni pulsowała Kula – artefakt potęgi. Atila odetchnął z ulgą. W tej chwili cyfrowy wizjer zasłaniający oczy tajemniczej osoby zniknął, a w świetle rozbłysły brązowe, kobiece oczy.
– Kawaleria przybyła! – krzyknęła. W jej głosie dało się usłyszeć radość.
– Diva! – odparł Atila. – Gdzieś ty była tyle czasu?
– Działa ziemia-powietrze Brusan uszkodziły napęd mojego statku. Wylądowałam na samym środku pustego oceanu. Całe szczęście miałam już założony kombinezon – uderzyła się z metalicznym brzdękiem w pierś. – Inaczej nie miałabym jak się tutaj dostać.
Podała dłoń Atili, który wsparł się na niej i wstał z kolan. Spojrzała na Konana, który powoli zbierał się z ziemi. Nie krwawił już. Z kikuta wyrastała nowa dłoń. Jego organizm bardzo szybko się regenerował. Diva zacmokała.
– Oj, oj, biedulek. Od czasów treningów z Gabrielem nikt cię tak nie poharatał, prawda? – zaśmiała się. Konan spojrzał na nią z nieukrywaną nienawiścią. W tej chwili Atila krzyknął ostrzegawczo i wskazał w stronę fortecy:
– Idą!
W ich stronę zmierzali kolejni Brusanie. Konan momentalnie stanął na nogi. Zaryczał, zmienił się w Wilkena. Diva wzniosła się w powietrze. Atila uniósł wąską energetyczną szablę i ustawił się w odpowiedniej pozycji, na ugiętych nogach, z bronią wycelowaną w stronę wrogów.
Atila z Konanem stanęli obok siebie. Gdy wrogowie byli już blisko, Konan skoczył i wytrącił przeciwników z równowagi. Atila wykonywał szybkie i zabójcze cięcia. Diva pomagała im z powietrza. Wypuszczała wiązki jasnozłotej energii, która natychmiast zamieniała przeciwników w pył. Gdy nie mogła oddać celnego strzału, wlatywała we wrogów, wzbijała ich w powietrze potężnym uderzeniem i w locie oddawała jeden szybki, śmiertelny strzał. Poruszała się z taką zwinnością, że żaden z wrogów nie był w stanie jej dosięgnąć. Nadludzkie zdolności zapewniał jej Artefakt, który opanowała już w stopniu mistrzowskim.
Po kilku chwilach wokół trójki przyjaciół zrobiło się względnie spokojnie. Atila krzyknął w stronę lądującej obok niego Divy:
– Zupełnie jak na Concordii, prawda?
Diva zaśmiała się i odparła:
– Racja! Tylko Konan jakiś taki żwawszy się wydaje…. Ha! – krzyknęła, po czym odskoczyła, uchylając się przed ciosem Konana.
– Nie przeginaj, Diva! – ryknął Konan, powracając do postaci karłowatego Homet Niz. W jego głosie dało się wyczuć złość, jednak w oczach kryło się rozbawienie. Ich relacja, choć bliska, od zawsze była dość specyficzna.
Nagle w oddali rozbrzmiał dziwny, metaliczny dźwięk. Atila rozejrzał się i dostrzegł coś na szczycie górującej nad nimi fortecy. Pomiędzy działami pojawiło się dziwne urządzenie. Jakby pręt otoczony pierścieniami, nad którym unosiła się rosnąca z każdą sekundą kula energii.
– Nie podoba mi się to… – szepnął zaniepokojonym głosem Atila.
2.

Koncept Ilustracja
Po chwili kula nad fortecą eksplodowała. W stronę pobojowiska pomknęła zielononiebieska fala energii. A za nią ogromna fala płomieni tej samej barwy.
W kilka chwil cały księżyc Brusan stanął w płomieniach. Atila natychmiast skorzystał z Artefaktu Adaptacji i wytworzył nad sobą ochronną kopułę. Diva doskoczyła do Atili i skryła się razem z nim. Konan zamienił się w wielkie, bliżej nieokreślone pancerne zwierzę i schował się w skorupie. Wtedy dosięgnęły ich płomienie. Atila usłyszał wrzask. Nie był jednak w stanie dostrzec jego źródła.
Nagle fala energii powróciła do fortecy, a płomienie natychmiast zniknęły. Jakby wszystko to było ułudą. Ale Atila szybko przekonał się, że to nie ułuda. To prawdziwy koszmar.
Pokiereszowane trupy Brusan zaczęły wstawać z wilgotnego od krwi piaszczystego podłoża. Ci, którzy nie mieli już na czym stanąć, czołgali się w stronę fortecy, opierając się na resztkach kończyn. Jeden z nich minął Atilę. Kawałki jego twarzy zwisały swobodnie po cięciu, które zafundował mu Konan. Zmiennokształtny przyglądał mu się bez ruchu. Z jego twarzy nie dało się wyczytać żadnych emocji.
Żołnierze Imperium, którzy jeszcze przed chwilą stali na nogach, leżeli spopieleni na pobojowisku. Niektórzy dogorywali w męczarniach. Wtedy Atila zobaczył, kto wydał tak przeraźliwy krzyk. Rozpoznał leżącą na ziemi postać, która charczała, panicznie próbując złapać oddech. Podbiegł do niej i uklęknął. Dotknął podtopionego kombinezonu – był przeraźliwie gorący, śmierdział spaloną plastalą. Spopielona twarz nie przypominała tej, którą dobrze znał. Atila poczuł lekkie muśnięcie na swojej dłoni. W jego dłoni zalśnił niewielki przedmiot. Miał już całkowitą pewność, kto nie zdążył schronić się przed płomieniami.
Był to Marvin, jeden z niewielu z Klanu Thiev, który zdołał przeżyć Dzień Kalibracji z artefaktem Kuli. Atlia spojrzał z żalem na niego, przypominając sobie wydarzenie na rubieży galaktyki Rikbunset, kiedy to on leżał w ramionach Marvina. Zacisnął zęby, sięgnął po artefakt i ścisnął go mocno w dłoni. Wtedy poczuł, jak dłoń przyjaciela z dawnych lat zsuwa się bezwiednie na ziemię. Marvin wydał ostatnie, charczące tchnienie. Zmarł.
Atila nie był w stanie się poruszyć. Nie wydusił żadnego słowa. Do porządku doprowadził go dopiero Konan, który podniósł przyjaciela z kolan.
– Musimy iść dalej, Atila. To nie koniec misji.
W tym momencie Kula zalśniła w dłoni Atili szkarłatną czerwienią. Upuścił artefakt, które nagle stał się niesamowicie gorący. Gdy tylko dotknął ziemi, wywołał potężną
eksplozję. Przeogromna chmura energii wystrzeliła w kosmos, niszcząc wszystko na swojej drodze. Wybuch był tak potężny, że rozerwał księżyc na pół, o czym przekonali się piloci statków na skraju jego orbity. Księżyc Brusan w kilka chwil przestał istnieć.
*
Konan i Atila przyglądali się wizji w Ostrosłupie w pełnym zdumieniu. Nie byli w stanie zrozumieć, co się właściwie stało.
– Czy… Czy to jakiś błąd? Co to była za eksplozja? – zapytał Konan.
– Jak żyję, nie widziałem czegoś takiego… – odparł cicho Atila.
Stali w kabinie małego statku zwiadowczego, którego nie wykrywały radary fortecy Brusan. Wylądowali bardzo blisko bariery, mniej więcej w tym miejscu, gdzie spodziewali się starcia. Kamuflaż pozwolił im wtopić się w otoczenie.
– Jeszcze raz – przerwał milczenie Atila. – Ostrosłup pokazuje wizję przyszłości lub przeszłości danego miejsca? Prawda?
– Zazwyczaj tak, chociaż struktura czasu jest niezbyt stabilna – Konan podrapał się po głowie w zamyśleniu. – Obrazy, które pokazuje artefakt, nie zawsze są całkowicie zgodne z prawdą. To trochę taka mistyczna interpretacja – wydarzenia, które zobaczymy w rzeczywistości, mogą się całkowicie różnić. Ale przesłanie będzie takie samo, rozumiesz?
– To co w takim razie może oznaczać ten wybuch na końcu? – odparł Atila z pewnym nieprzekonaniem w głosie.
– Hmmm… – zamruczał Konan w zamyśleniu. W jego ustach brzmiało to bardziej jak warknięcie. – W znaczeniu metaforycznym – katastrofę, śmierć. Niezbyt skomplikowane. Obawiam się jednak, że akurat tę wizję możemy traktować całkowicie dosłownie.
– Dosłownie?! – parsknął Atila. – Tam doszło do zniszczenia artefaktu, Konan! Coś takiego nigdy jeszcze nie miało miejsca. A prób było sporo. Jak to wytłumaczysz?
– Nie wiem, Atila, nie wiem… Może to naprawdę niezwykły zbieg okoliczności?
Atila nie odpowiedział. Konan odszedł od podestu z Ostrosłupem, wyjrzał przez wizjer. Forteca górowała nad pustym, piaszczystym lądem. W okolicy nie było widać żadnego śladu życia. Wtedy niziołek przypomniał sobie o fali energii, która spowodowała pożogę na polu bitwy. Odwrócił się do Atili i powiedział:
3.

Koncept Ilustracja
– Pamiętasz, co poprzedziło wybuch artefaktu? Co zabiło Marvina? – Konan nie czekał na odpowiedź towarzysza. – Oni mają jakąś broń, której my nie znamy. Ten wybuch energii nie był normalny. To, co działo się później, też! Pożoga? Powstające z ziemi trupy? To musi mieć znaczenie! – ryknął, uderzając pięścią w blaszaną ścianę.
Atila uważnie słuchał towarzysza. Wpatrywał się nieruchomo w Ostrosłup, jakby ponownie chciał wywołać wizję. W tym czasie Konan zaczął spacerować niespokojnie po statku.
– Nie możemy wziąć udziału w bitwie – powiedział nagle Atila.
– Co? – Konan zamarł w pół kroku, zupełnie zaskoczony propozycją towarzysza. – Tchórzysz? Ty?!
– Odpowiedzi znajdziemy w fortecy Brusan. Musimy się tam dostać.
Konan zaśmiał się w głos.
– Proszę bardzo, przyjacielu! – wskazał otwartą dłonią na widoczną na horyzoncie budowlę. – Bramy do nadmorskiej fortecy Brusan stoją przed tobą otworem!
Atila był jednak całkowicie poważny. Zmiennokształtny w porę to dostrzegł. Jego twarz zastygła. Spojrzał podejrzliwie na przyjaciela.
– Ty chyba do reszty…
– Mam plan – przerwał mu Atila. – Ale musisz mi zaufać.
*
Błysk rozświetlił przestrzeń kosmiczną księżyca Brusa. Z nadprzestrzeni wydostał się pierwszy krążownik bojowy Imperium. Konan i Atila zajęli swoje pozycje na mostku. Ich oddział Imperio Sap przechodził ostatnią kontrolę sprawności w hangarze. Błękitna kula, do której zmierzali, z każdą sekundą zajmowała coraz większy obszar przezroczystego wizjera. Konan stukał niespokojnie w podłokietnik fotela kapitańskiego. Atila przyglądał się księżycowi ze swoim charakterystycznym spokojem. Tak naprawdę sprawiał pozory – w środku niemalże gotował się od emocji. Jeśli coś pójdzie nie tak, w najlepszym wypadku wszyscy zginą. A w najgorszym… Wolał się nawet nie zastanawiać.
Poczuł delikatne wibracje. Na radarze w przestrzeni kosmicznej wokół jego statku pojawiły się kolejne, liczone w setkach, tysiącach. Pierwsza fala inwazji miała rozpocząć się właśnie teraz.
Krążownik wleciał w atmosferę księżyca. Po kilku chwilach zatopił się w śnieżnobiałych chmurach. W tym momencie Atila wstał i podszedł do głównego sternika. Pochylił się nad nim, wyciągnął mu pchełkę ze słuchawką z ucha i wyszeptał coś niezrozumiałego. Sternik spojrzał na niego z przerażeniem i wyjąkał:
– A-a-ale… Sir…
– To rozkaz, powiedziałem! – przerwał mu groźnie Atila. – Rób, co mówię, jeśli ci życie miłe.
– Tak jest, s-sir – odparł blady z przerażenia sternik. Następnie uniósł dłoń i wykonał kombinację kilku kliknięć. Skonsultował się z drugim sternikiem oraz dwoma pilotami. W tym czasie Atila pewnym krokiem ruszył w stronę wyjścia. Spojrzał w stronę Konana i rzucił:
– Już czas!
Konan zerwał się z fotela i ruszył za Atilą. Przeszli korytarzem do windy prowadzącej do hangaru. Gdy zamknęły się wrota, Konan zapytał:
– To co, jaki jest plan?
– Chyba nie chcesz zepsuć sobie niespodzianki, prawda? Myślałem, że lubisz improwizowane akcje?
Konan wybałuszył oczy na przyjaciela.
– Czy ty sobie robisz ze mnie żarty? Nie masz żadnego planu?! – zapytał.
– Pewnie, że mam, durniu – odparł szybko Atila. – Ale raczej ci się nie spodoba.
Wrota windy otworzyły się i razem weszli do hangaru. Tysiące Imperio Sap stało nieruchomo w równych rzędach. Uzbrojeni i gotowi do lądowania. Atila podszedł do bocznej ściany niedaleko wyjścia. Wisiały na niej dwa kombinezony. Ściągnął je i jeden wcisnął w ręce osłupiałego Konana.
– Ubieraj to.
– Atila, ale…
– Wiem, że nie lubisz pływać, ale chyba nie spodziewałeś się, że w tej wodnej dziurze da się bez tego obejść?
Konan nienawidził pływać. Mógł co prawda zmienić się w dowolną istotę wodną, ale nic to nie zmieniało. Po prostu. Nie był w stanie wejść do wody, a kiedy już to zrobił, paraliżował go strach. Była to blizna na jego psychice, którą zostawiła ucieczka z laboratorium na Sin i ukrywanie się w nienazwanym, wodnym świecie na rubieżach galaktyki.
4.

Koncept Ilustracja
Konan chciał coś powiedzieć, ale natychmiast przerwał mu przyjaciel.
– Plan jest prosty – zaczął Atila, zakładając kombinezon. – Wojska Imperium odwrócą uwagę Brusan. My w tym czasie wskoczymy do oceanu i poszukamy podwodnego wejścia. Tak się składa, że wiem, gdzie jedno z nich jest – stuknął w cyfrowy wyświetlacz niewielkiego urządzenia na ręce. – Ta zabawka pomoże nam je sprawnie odnaleźć. A kombinezony ukryją nas przed radarami.
– A co potem? – zapytał zrezygnowanym tonem Konan.
– Potem dostaniemy się do centrum dowodzenia i wysadzimy to dziwne ustrojstwo, które widzieliśmy w Ostrosłupie. Tym samym uratujemy siebie, naszych kompanów i być może dowiemy się, z jakiej technologii korzystają Brusanie.
– Nienawidzę tych twoich pomysłów, Atila. Mimo że zazwyczaj się sprawdzają.
– Do usług, bracie, do usług… – odparł Atila z uśmiechem.
Nagle statkiem zatrzęsło. Zawyła syrena, włączyły się awaryjne lampy świecące mocną czerwienią. Jednostajny szum silników przerwały syczące dźwięki mijających ich krążownik pocisków Brusan. Atila wcisnął przycisk na ścianie. Obok ogromnych wrót hangaru otworzyły się niewielkie drzwi. Atila skinął głową na Konana i wyskoczył. Ten zaś z delikatnym wahaniem podszedł do drzwiczek. Nienawidzę cię, Atila, pomyślał. I również skoczył.
*
Szybowali w przestrzeni wypełnionej statkami, pociskami i płonącymi odłamkami. Jeszcze kilka minut temu niebo na Brusie było całkowicie spokojne. Teraz wyglądało, jakby zstąpiły na nie demony. Z polecenia Atili ich krążownik zboczył z zaplanowanego kursu. Dlatego mogli bez większych obaw szybować w stronę zatoki łączącej ocean z fortecą.
Z potężnym pluskiem wpadli do wody. Kombinezon przejął energię uderzenia i naładował zaszyte w nim akumulatory do pełna. Włączyły się systemy oddychania oraz niewielkie silniczki ułatwiające przemieszczanie się. Atila odszukał wzrokiem Konana, który zgodnie z oczekiwaniami zamarł z przerażenia. Atila uruchomił sterowanie automatyczne
jego skafandra i włączył podążanie jego śladem. Problem się rozwiązał. Dopiero wtedy mógł przyjrzeć się podwodnej otchłani.
W mętnej wodzie, jak przez mgłę, dostrzegł setki tysięcy płynących w oddali Brusan. Ustawieni w równe formacje, zmierzali wspólne w stronę ogromnych, oświetlonych setkami jupiterów wrót. Gdzieś w głębinach majaczyły podwodne miasta, które świeciły niczym konstelacje gwiazd na nocnym niebie.
Atila spojrzał na nawigację. Wskazywała punkt, który znajdował się nieco bliżej, na jednej z bocznych odnóg budowli. Podpłynął i zobaczył niewielki otwór, z którego wyciekała dziwna, brejowata maź. Ścieki – pomyślał Atila. Dalsza część podróży nie będzie zbyt przyjemna. Spojrzał na Konana. Wizjer na jego twarzy był cały zaparowany. Atila uznał, że może to i lepiej. Przynajmniej jego towarzysz nie wie, w co się pakuje.
Wpłynęli w rurę kanalizacyjną. Zmieścili się w niej bez najmniejszego problemu. Silniczki umieszczone w dłoniach, stopach i na plecach pomagały im płynąć w górę i pod prąd. Po kilku minutach dotarli do ujścia rury i stanęli na stałym podłożu. Konan postawił kilka niepewnych kroków. Gdy zorientował się, że nie jest już w wodzie, wcisnął przycisk za lewym uchem, a jego hełm złożył się i zniknął we wnęce na kręgosłupie kombinezonu. Spojrzał przekrwionymi oczyma na Atilę.
– Zmuś mnie do tego jeszcze raz, a gołymi rękami rozszarpię… – powiedział.
– Dobra, dobra. Zapamiętam – odparł wymijająco Atila.
Rozejrzeli się po pomieszczeniu. Trafili do wysokiej hali wypełnionej biegnącymi w każdą stronę rurociągami.
– Chyba trafiliśmy do jakiejś przepompowni – powiedział Atila, spacerując wzdłuż ściany. – Tylko którędy teraz?
– Poczekaj chwilę – Konan podszedł do jednej z rur. Różniła się od pozostałych. Pokrywał ją dziwny materiał przypominający skorupę. Była też bardzo wąska. – Czuję… coś dziwnego. Jakby… prąd? Chociaż nie… – Konan spojrzał na Atilę. – Czy jesteś w stanie dowiedzieć się, gdzie ona prowadzi?
– Zaraz się przekonamy – Atila podszedł do stojącej nieopodal konsoli. Połączył swój naramienny komputer z serwerem. Na ekranie ukazywały się ciągi niezrozumiałych znaków. Atila spoglądał co chwilę to na wyświetlacz na swoim ramieniu, to na konsolę pełną
kolorowych przycisków, małych hologramów i dźwigni. Nagle duży wyświetlacz zalśnił na zielono, a ich oczom ukazał się schemat kanalizacyjny całej fortecy.
5.

Koncept Ilustracja
– Bingo! – krzyknął Atila. – Może i mają zaawansowane zabezpieczenia, ale z naszą SI sobie nie poradzą!
Uruchomił program, włączył wyszukiwanie i po chwili ich oczom ukazał się numer odpowiadający dziwnie wyglądającej rurze.
– Prowadzi do samego serca fortecy – spostrzegł Atila. – Tylko jak się tam dostaniemy?
Zapadło milczenie.
– Chyba mam plan – rozbrzmiał po dłuższej chwili głos Konana. – Ale będziemy musieli się rozdzielić.
Podszedł do schematu na dużym ekranie i wskazał palcem kilka punktów.
– Dam radę zmniejszyć się w coś małego i zwinnego, by bez większego problemu przejść po tej rurze do samego końca – powiedział. – Ale twój Sześcian chyba nie ma takich mocy?
– Nie – Atila uniósł artefakt na otwartej dłoni. – Pozwala tworzyć i modyfikować obiekty z czystej energii, ale nie daje całkowitej zmiennokształtności właścicielowi. A przynajmniej jeszcze nie daje. Słyszałem, że jest kilka osób, które są w stanie tego dokonać. Ale ja jeszcze tego nie rozpracowałem.
– No właśnie. Dlatego powinieneś poczekać, aż dotrę do centrum dowodzenia – odparł Konan. – Wtedy będę mógł cię przeprowadzić przez fortecę, zrobimy, co trzeba i razem się stąd wydostaniemy.
– Nie podoba mi się to, Konan – powiedział Atila z niezadowoleniem. – Ale nie widzę innego wyjścia. A czas goni.
– Powodzenia, bracie – Konan uścisnął ramię towarzysza. – Widzimy się niebawem.
Gdy tylko to powiedział, zaczął się nagle zmniejszać. Po kilku chwilach był już niewielką jaszczurką wdrapującą się po pionowej rurze. Atila został sam. Przez chwilę wsłuchiwał się w jednostajny szum maszyn i płynących w rurach cieczy. W oddali rozbrzmiewały też wybuchy i strzały z ogromnych dział fortecy. Zamyślił się. Na chwilę stracił koncentrację. I to był błąd. Poczuł uderzenie w tył głowy. Momentalnie padł na ziemię. Zapadła ciemność.
*
Atila otworzył oczy. Przez niewielki otwór w celi zobaczył małe, pomarańczowe słońce, które znikało za horyzontem. Dostrzegł też błękitną łunę drugiej gwiazdy, która powoli przejmowała władzę na przestworzach uciekającej z pola kosmicznej bitwy rywalce. Atilę momentalnie olśniło. Przypomniał sobie wizję. Nie zostało mu zbyt wiele czasu.
Drzwi do jego celi rozsunęły się. Weszło, a w zasadzie wślizgnęło się do niej dwóch Brusan. Jeden z nich wcisnął przycisk na urządzeniu przy pasie. Stalowa płyta z więźniem zaczęła lewitować. Wcisnął inny przycisk i wyszedł. Za nim poleciał uwięziony Atila. Nie rzucał się, nie krzyczał. Słuchał uważnie syczących Brusan. A właściwie jednego z nich. Drugi milczał, poruszał się dość niepewnie. Atila nie zwracał na niego uwagi, koncentrował się na zrozumieniu tego gadatliwego Brusana. Niezbyt dobrze znał język, którym się posługiwał. Wyłapywał tylko urywki zdań. Mówił o broni, bitwie i… królowej.
Cała trójka podążała labiryntem identycznych korytarzy. Dotarli w końcu do dużego, owalnego pomieszczenia. Panował tu inny klimat. Było chłodno, wilgotnie. Na ścianach tańczyły wielobarwne cienie. W samym centrum pomieszczenia znajdowało się siedzisko z niskim oparciem. Spoczywała na nim zwrócona plecami do Atili postać. Wysoka, dumnie wyprostowana. A za nią migotała bladoniebieską aurą machina, która była w stanie w kilka sekund spopielić większość wojsk Imperium.
Atila zaczął się szamotać. Jeden z wojowników Brusan przyłożył mu ostrze do szyi. Drugi ruszył w jego stronę, ale syk pierwszego szybko przywrócił go do porządku. Wtedy spoczywająca na tronie postać wstała, obróciła się z gracją i powolnym krokiem ruszyła w ich stronę. Był to jeden z Brusan, ale od razu dało się dostrzec, że nie jest wojownikiem. Miał smuklejsze ciało, nie tak wyraźnie zarysowane mięśnie i mniejszą liczbę macek, które w ich kulturze stanowiły o sile osobnika. Widać, że był kimś ważnym, skoro zdobył taką pozycję bez reprezentacyjnego wyglądu. Największe wrażenie robiły jego oczy. Zimne, bystre, przenikające najgłębsze zakamarki duszy. Przyjrzał się Atili. Następnie odezwał się syczącym, wysokim głosem:
– K’Hesa rel’saai, Ilitaas – spojrzał na dwóch wojowników pilnujących Atili i dodał ostro: – Seetrai, idu Saa’lma!
Po tej komendzie wojownicy ukłonili się i wycofali, zajmując pozycje na warcie przed bramą. Atila został sam na sam z Brusanem, który odczekał chwilę i odezwał się łamanym imperialnym:
6.

Koncept Ilustracja
– Wy być tutaj, nie w serce walki, tam, za bramą? – zapytał. – My spodziewać się podłe sztuczki Imperium. Ale nie Atila, wielki wojownik – dodał.
– Skąd wiesz, kim jestem? – zapytał zaskoczony Atila. – Kim ty jesteś?
– Ja jestem Garud, wielki naukowiec, prawa dłoń Królowej Wojny – powiedział, kłaniając się Atili. Jednak w tym geście nie było widać za grosz szacunku. – A skąd wiem, kto ty? Bardzo prosto. Przez to – powiedział, po czym wyciągnął zza pazuchy Sześcian Atili. Pulsował szkarłatną czerwienią. – Każdy z nich ma w struktura wpisany swój właściciel. Ty jesteś właściciel. Dlatego artefakt świecić taka mocna czerwień. Ty go dotknąć, a on natychmiast spokojny.
Atila, nieco skołowany, przyglądał się spacerującemu przed nim Brusanowi. Skąd on wie takie rzeczy? Kim on jest?
– Oprócz tego ja cię dobrze znać. Ostatni Imperio Sap. Taki prawdziwy. Nie to, co teraz, sztuczne marionetki na usługach Imperatora – spojrzał Atili głęboko w oczy. – Ja też znać twoi towarzysze. Diva. Niewolnica Corsan. Dziś staje z nimi ramię w ramię do boju. Konan. Ofiara eksperymentów. Brutalne. Okrutne! Dały siłę, ale wnętrze…? Zgnite! Zniszczone! – Brusan pochylił się nad Atilą i ryknął. – Czemu wy walczyć dla Imperator? Za co? Za krzywdy, których jesteście ofiarami?!
– Nie całe Imperium jest złe – odparł Atila. – Choćby mój klan, moja Armonia! Chcemy uratować nasz świat. A wy? Czegokolwiek nie tknie Brusan, natychmiast zamienia się w pył. Żyjecie, by niszczyć, by mordować…
– Milcz! – przerwał mu Garud. Wyprostował się i wskazał palcem na Atilę. – Łżesz jak pies, pomiocie Imperium! – machnął ręką ze złością. – Ale ty tego nawet nie widzieć. Imperator łże, mami takich jak ty. Brusa walczyć o niepodległość. Tylko o niepodległość. I każdy Brusan przeleje krew, bronić domu przed najeźdźcami! – ryknął Atili w twarz, po czym wyprostował się i ruszył do konsoli. Pociągnął za długą dźwignię i uruchomił maszynę, która górowała nad pomieszczeniem. Zagrzmiało, a pomiędzy pierścieniami na szczycie pojawiły się zielononiebieskie pioruny. Sufit zaczął się rozstępować.
– Bo widzisz – zaczął Garud – my kochać woda. My żyć w niej i dziękować jej za życie. Ona w zamian dała nam wiedza. I ta wiedza – że wodór tworzy woda – zamieniliśmy w broń, która ochroni nas przed najeźdźca, jak wy! Wystarczy kilka sekund, by wodór zamienić w ogień, stworzyć piekło nie do życia dla żadna istota – znów nachylił się nad Atilą. – Żadna
istota jak wy! Gdy tylko płomienie znikną, my odradzamy się. Jak feniks z popiołów! Dlatego nas nie pokonacie. Nigdy! Imperium nie zawłaszczy Brusan. My bić się do końca. Ale pierwszy koniec będzie wasz!
– Ja ci dam… – Atila zaczął się szarpać.
– Cicho, cicho – powiedział Garud i machnięciem jednej ręki włączył mechanizm kneblujący. – Dla ciebie brak nadziei. Teraz zobaczysz, co zniszczy twoje bracia i siostra.
Powietrze elektryzowało się. Robiło się duszno i gorąco. Gdzieniegdzie niewielkie wyładowania przeszywały rozgrzane powietrze. Z machiny Garuda wydobywał się coraz większy hałas. Atila szamotał się, próbując poluzować więzy. Naukowiec zupełnie go zignorował. Zamiast tego z uśmiechem przyglądał się dziełu swojego życia.
W tym momencie po posadzce potoczyła się głowa jednego ze strażników, którzy doprowadzili Atilę do Garuda. Tego gadatliwego. Zatrzymała się dopiero na macce Garuda. To wyrwało go z zamyślenia. Spojrzał na zastygłą, wykrzywioną twarz swego rodaka i otworzył szeroko oczy.
Wtedy w zasięgu wzroku Atili pojawił się drugi strażnik. Spojrzał na niego i uśmiechnął się. W jego oczach dało się dostrzec znajomy błysk…
– A’shra… Se-setraai?! – odsapnął pytającym tonem Garud.
Strażnik ruszył w jego stronę. Na jego ciele zaczęła pojawiać się granatowa sierść. Twarz wydłużyła się w pysk. Mięśnie rosły do niebotycznych rozmiarów.
– Setraai? – zapytał przerażony Garud. – Co ty… Stać! – panicznie krzyknął.
W pomieszczeniu rozgrzmiał krwiożerczy ryk. Konan jednym skokiem dopadł do naukowca. Złapał go dwoma silnymi łapami, uniósł i rozerwał na pół. Błękitna krew pociekła na podłogę. Wnętrzności Brusana oblepiły ciemnogranatowe futro Konana. Wilken rzucił ciało w kąt pomieszczenia. Następnie wrócił do Atili i z łatwością rozerwał więzy, które go krępowały.
Atila upadł na kolana. Konan wrócił do postaci umięśnionego niziołka i pomógł wstać przyjacielowi.
– Wybacz, trochę mnie poniosło – stwierdził Konan. – Ale uznałem, że warto się go szybko pozbyć. Potem mogło nie być okazji.
– Gdzie ty byłeś przez ten czas, Konan? – zapytał z wyrzutem Atila. – Mało przez ciebie nie zginąłem.
7.

Koncept Ilustracja
– Wybacz, bracie. Sprawy nieco się pokomplikowały. Dotarłem do centrum dowodzenia, ale zauważył mnie strażnik. Zanim go uciszyłem, wszczął alarm – powiedział i wzruszył ramionami. – Musiałem improwizować. Pozbyłem się zwłok i zamieniłem się w niego. A później jakoś tak wyszło, że wpadłem na Ciebie…
– No to miałeś szczęście. Przecież ty nawet nie rozumiesz ich języka!
– Chciałbyś – powiedział, po czym wyciągnął zza pasa niewielką paczkę. – Znalazłem ładunki wybuchowe. Skończmy z tym raz a dobrze!
Atila podszedł, podpierając się ramieniem Konana, do konsoli. Uzbroił ładunek, przyczepił go do głównego komputera i odsunął się. Paczka wielkości dłoni była wypełniona używanym na Brusie spreparowanym wodorem. Tyle wystarczyło, by wysadzić w powietrze całą fortecę.
Przed ucieczką Atila podniósł jeszcze leżący na ziemi Sześcian. W momencie dotknięcia szkarłatny blask natychmiast zastąpił spokojny fiolet. Artefakt wrócił do swojego właściciela. W tym momencie coś delikatnie złapało za kostkę Atili. Był to dogorywający naukowiec. Zalany własną krwią, rozerwany wpół, ostatnią resztką sił wysapał:
– Nie poddamy się Imperium. Będziemy walczyć… do… k-k-koońca… – sapnął, po czym wyzionął ducha.
Do patrzącego na zwłoki Atili podbiegł Konan, szarpnął go za ramię i krzyknął:
– Nie mamy czasu! Zbieramy się!
Atila otrząsnął się. Spojrzał na licznik – została im niecała minuta na ucieczkę. Czyli tyle, by zniszczyć urządzenie na chwilę przed wypuszczeniem śmiercionośnej fali.
Przyjaciele stanęli naprzeciwko siebie. Atila złapał Konana za barki. W tej chwili oczy przyjaciela zalśniły granatowym blaskiem.
– Nienawidzę tego… – szepnął Atila i zamknął oczy.
– Wiem. I to jest w tym najlepsze – odparł Konan, po czym obaj zniknęli. Został po nich jedynie błękitny pył.
Chwilę później pojawili się daleko poza polem bitwy, w miejscu, w którym przyjrzeli się wizji Ostrosłupa. Czekał już na nich niewielki statek zwiadowczy. A przy nim Diva. Nieco pokiereszowana, ale cała. Uśmiechnęła się do przyjaciół.
Atila stracił równowagę. Zrobiło mu się słabo. Konan podtrzymał przyjaciela i zaśmiał się w głos.
– No już, słabeuszu, już po wszystkim – powiedział Konan i poklepał Atilę po policzku. Jednak ocucił go dopiero potężny wybuch. Spojrzeli w stronę fortecy. Nieprawdopodobna fala płomieni wzbiła się na dziesiątki kilometrów, tworząc grzyb tak wielki, że zasłonił światło niebieskiej gwiazdy.
Po broni Brusan nie został nawet ślad. Po ich nadmorskiej fortecy również. Atila westchnął. Misja ukończona.
Mimo to nie czuł satysfakcji. Wiedział już, że Brusanie tylko się bronili. Nie chcieli niczego więcej niż niezależności. Wolności. A pod skrzydłami Imperium na pewno jej nie utrzymają. Wzmagało się w nim poczucie winy. Przez niego te istoty stracą to, na czym im najbardziej zależało. Swój dom.
Wtedy Konan podszedł do Atili. Widział, że coś trapi jego przyjaciela. Powiedział mu, że uratowali księżyc przed prawdziwą zagładą.
Ale czy na pewno?
Ciąg dalszy nastąpi...
Kamil Nowak
In mind stories:
Użądlenia i obrzęki
Wyprawa na Sengrath
INNE
Występują:
- Atila
- Konnan
- Diva
- Garud