Ksiega Trzech.
Duchy planety
Karta 1 >
Szum. Coraz głośniejszy szum.
Przechodzący w hałas.
Głuchy, narastający dźwięk, jakby gdzieś w oddali ogromny mechanizm mielił piasek na pył.
Alistair Yuval stał nieruchomo na skraju pustyni. Miał wrażenie, że piasek zdawał się żyć własnym życiem.
Piasek — nieskończony ocean mikroskopijnych maszyn, drobnych jak kurz, a jednak świadomych, zorganizowanych, czujnych.
Piasek falował.
Zmieniając fakturę, rzeźbił w sobie wzory, które przypominały pismo — nieznane alfabetom znaki.
Zamknięte kręgi, spiralne wzory, linie plączące się jak żyły pod powierzchnią skóry.
Patrząc, Yuval miał wrażenie, że planetę pokrywało jedno gigantyczne ciało — pulsujące, oddychające, pełne obcej inteligencji.
Nagle powierzchnia pod jego stopami zaczęła się poruszać.
Drobinki piasku łączyły się w grubsze wstęgi, wijąc się jak węże.
Ziemia falowała, jakby próbowała go pochłonąć.
Zrobił krok w tył — ale ruchy piasku były szybsze. Otaczały go, zamykając drogę ucieczki.
Gdzieś na horyzoncie burza piaskowa zaczęła rosnąć — rytmicznie, nie chaotycznie, ale uporządkowanie — jak marsz milionów niewidocznych istot.
Był to widok jednocześnie piękny i przerażający, magnetyzujący oczy i ściskający serce lodowatym strachem.
W centrum zaczęły wyłaniać się sylwetki.
Trzy postacie — różnej postury, władcze, bez wyraźnych konturów. Ich ciała były zrobione z wirującego piasku, który nie przestawał się poruszać, zmieniając ich kształty w każdej sekundzie.
Nie miały twarzy, a jednak Yuval czuł na sobie ich spojrzenie — ciężkie, przytłaczające.
Zbliżały się powoli, nieubłaganie.
Nie było w ich ruchu niczego ludzkiego — tylko beznamiętna determinacja, jakby realizowały jakiś zaprogramowany cel.
Yuval próbował się cofnąć.
Chciał krzyczeć.
Chciał biec.
Ale jego ciało nie reagowało.
Mięśnie były jak z waty. Kolana się uginały, ramiona opadały bezwładnie.
Czuł, jak piasek oplata jego kostki, jak wnika pod kombinezon, jak przykleja się do skóry — zimny, lepki, przenikający chłodem aż do kości.
Postacie były już blisko.
Ich «ręce» — rozmazane strumienie pyłu — sięgały ku niemu.
Co chcieli? — myśl zrodziła się w jego umyśle jak krzyk.
Chciał wydać z siebie głos, ale nie mógł.
Otwierając usta, poczuł, jak piasek zaczyna wlewać się do środka — szorstki, dławiący, wypełniający go od środka jak trucizna.
Poczuł, jak coś obcego przenika do jego myśli.
Jak gdyby niewidzialne ostrza brutalnie rozdzierały jego umysł na fragmenty, szukając czegoś, czego on sam nie potrafiłby nawet nazwać.
Chciał uciec.
Chciał walczyć.
Ale był sparaliżowany.
Jak owad schwytany w pajęczą sieć — bezradny wobec losu, który właśnie się dopełniał.
Były tak blisko, ich obecność falowała wokół niego niczym niewidzialna fala — pomiędzy dźwiękiem a dotykiem, między snem a śmiercią.
Jego umysł wył w bezgłośnym przerażeniu, a serce biło nierówno, jakby chciało się wyrwać z klatki piersiowej.
Czuł, że tonie.
Że jest już ich.
*
Yuval otworzył oczy gwałtownie.
Na moment ogarnęła go dezorientacja — rozmazane kontury pomieszczenia, cichy mechaniczny szum w tle i niewyraźne echa rozmów…





