Ksiega Trzech.
Niewola
Karta 1 >
Przerażone szepty szybko zamieniły się w rozżalone zawodzenie i rozpaczliwe krzyki, które rozdarłyby każde wrażliwe serce, niczym ostrza rozcinające ciszę przed burzą. Powietrze przesycone było smrodem spalenizny i krwi, a dym unosił się w górę, jakby samo niebo opłakiwało los tych, którzy nie mieli szans na ocalenie.
Generał Bortus Vispanius Scipio stał pośrodku pola śmierci, jego stalowe oczy bezlitośnie omiatały pobojowisko. Cienie poruszające się na granicy widzenia Divy zlewały się w groteskowe kształty. Czuła, jak krew oblepia jej dłonie – ciepła, lepka, należąca do jej ludzi. Gdzieś w oddali rozbrzmiało przenikliwe wołanie dziecka, które nagle urwało się, zastąpione ciszą bardziej przerażającą niż krzyk.
Diva próbowała się poruszyć, lecz jej ciało odmówiło posłuszeństwa. Jakby ziemia przytrzymywała ją na kolanach, zmuszając do patrzenia. Bortus zbliżał się powoli, a jego twarz, dotąd wyraźna, zaczęła się rozmazywać, rozciągać w upiornym uśmiechu. Czuła na sobie jego wzrok, pełen zimnej satysfakcji.
Nie mogła oddychać. Nie mogła krzyczeć. Świat wokół niej wirował, aż nagle wszystko spowiła czerń.
Diva wyrwała się ze snu gwałtownie, ciężko łapiąc powietrze. Jej ciało było mokre od potu, a serce waliło w piersi jak oszalałe. Przez kilka sekund nie wiedziała, gdzie jest – czy wciąż tkwi w koszmarze, czy może już się obudziła. Cienie na ścianach zdawały się poruszać, echo odległych krzyków nadal dźwięczało w jej uszach. Serce waliło jej w piersi, a dłonie drżały, jakby zaraz miała ponownie chwycić za broń. W nozdrzach wciąż czuła woń spalenizny, a ciepło rozlanej krwi wydawało się lepkie na jej skórze. Przełknęła ślinę, zmuszając się do spojrzenia na otoczenie. Cela była mała, ciasna i przesiąknięta odorem wilgoci, potu i stęchlizny. Zimne, kamienne ściany pokrywała warstwa brudu, a w rogach pełzały insekty, którym nikt nie przeszkadzał. Jedynym źródłem światła było wąskie, zakratowane okienko wysoko pod sufitem, przez które sączył się blady poblask świtu. Powietrze było gęste i zatęchłe, sprawiając, że każdy oddech zdawał się uwięzionym w klatce szeptem.
W rzeczywistości nad Corso dopiero wstawał blady świt. Wąski strumień światła wpadał przez małe okienko pod sufitem, rysując na kamiennej podłodze nikły, złudny znak nadziei. Diva otarła drżącą dłonią czoło, próbując pozbyć się resztek koszmaru. To były tylko sny, powtarzała sobie. Tylko wspomnienia, które nie miały już nad nią władzy. Ale krew, którą widziała w śnie, wciąż wydawała się prawdziwa.
Uplynelo juz wiele lat, ale lat te sceny wciąż nie blakły. Każdej nocy przeżywała je na nowo. Każdej nocy żałowała, że nie zginęła podczas tamtych krwawych wydarzeń. Co noc w duchu opłakiwała każde bezsensownie odebrane życie. Gdy tamtego wieczoru generał Bortus pojawił się na czele swojej świty u bram ich wioski.
To nie był pierwszy taki najazd wojsk działających na rozkaz przywódcy najsilniejszego na planecie tribu Marca Gnaeus Imperius. Zamieszkiwali tę samą ziemie, a jednak tak diametralnie się od siebie różnili. Diva była córką wojownika, wodza jej tribu, od najmłodszych lat szkoloną do walki i przywództwa. Jej dłonie znały ciężar broni, a umysł był przygotowany na chwile, w których trzeba stanąć do bitwy. Jednak nigdy nie akceptowała przemocy dla samej przemocy, brzydziła się nią i nadmierną agresją, którym z kolei hołdował zarówno generał Bortus, jak i jego wódz. Dla nich większa ilość przelanej krwi oznaczała bardziej wyraziste zwycięstwo. Dla niej jedynie bezmyślną demonstrację siły.






