Oni
Karta 1/2 >
Rokowania są dobre. Jest cień szansy na powrót do domu przed zamknięciem śluzy. Jeśli nam się uda, to do następnego peryhelium Dubay 13 będzie wolny. O ile coś się na nim nie zalęgnie. Jeżeli natomiast nie zdążymy, zdani będziemy wyłącznie na siebie. Podczas aphelium robi się zimno. Naprawdę zimno. To, czego szukamy, zaszyło się w budynku, najwidoczniej przeczuwając nadchodzący chłód. Trudno się dziwić woli przetrwania.
Czas pokaże, czyja wola jest silniejsza.
Obładowany amunicją i granatami, przypominam komiksową wersję prehistorycznego jaszczura z czasów, kiedy gady biegały na dwóch nogach i prowadziły wojny.
Przez ramię przewieszoną mam starą dobrą M4. Mogłoby się wydawać, że skoro już zasiedla się coś takiego, jak Dubay 13, to należałoby robić to po uprzednim wyposażeniu w nowoczesną broń, jakiś Blaster, PHASR albo Railgun, cokolwiek, co oferuje najnowsza technologia. I może nawet dano by nam te trudne w obsłudze, nafaszerowane elektroniką cuda, gdybyśmy nie byli zwykłymi pacholętami.
Specjaliści od deratyzacji mają w przestrzeni kosmicznej trudne życie i nawał pracy. Zobaczymy, kto wykaże większą wolę przetrwania.
Ostatnio często śni mi się muzyka. Wciąż ten sam heavymetalowy kawałek – Black Sabbath ze świętym R. J. Dio. Dio był bogiem. Niewielu ludzi zasługuje na takie uznanie, jakim ja darzę Dio. Naprawdę, niewielu. Ale jak nazywał się ten kawałek? Nie pamiętam. Ważne, że śni mi się regularnie.
I wszystko byłoby dobrze, gdyby w moich snach muzyka wydobywała się z gitar, zamiast z furkoczących ciężkimi seriami karabinów maszynowych.
Na planecie Dubay 13 wszystkie sny są popieprzone.
Jest nas ośmioro. Katie Mouse i Lil Pippi, specjalistki od ładunków wybuchowych. Wolfgang «Schabziger» Cello, infromatyk, nie rozstający się ze swoim ulubionym szwajcarskim serem. Huey Donavan, mechanik. Marian Tripps, Holder Vinci i Ratt Chimney – panowie od wszystkiego.
Przede wszystkim – od zabijania.
Na końcu ja. Schwartz Anger. Dowódca.
Najbliżej mnie czuwa Donavan. Rozparty na obrotowym krześle jakiegoś wysokiego urzędnika, z łapami brudnymi od smaru, przegląda jakiś międzygalaktyczny portal randkowy i pali skręta. Kawałek dalej, pochylony nad przenośnym komputerem, siedzi Schabziger. Oczywiście, klika. Słychać tylko stukot klawiszy i ciche mlaskanie, towarzyszące przeżuwaniu kolejnych kęsów pokrojonego w kostki sera. Dzięki niemu mam pewność, że system zabezpieczeń całego budynku jest pod naszą kontrolą.
Katie jest gdzieś na niższych kondygnacjach, rozmieszcza miny i załącza fotokomórki.
Reszta gra w karty.
Może zrugałbym ich za nieprzystojne lenistwo, gdyby nasza misja wymagała więcej dyscypliny oraz
koncentracji. Ale to tylko kolejne zlecenie. Operacja o kryptonimie Oni. Oni to demon z pradawnych wierzeń, powstałych jeszcze na Ziemi, w czasach, kiedy ludzie nie potrafili wzbić się w powietrze. Wymyślali sobie uskrzydlone bestie, anioły czy coś w tym rodzaju i stawiali je na piedestale, by hołdować im w nadziei na łaskę.
Oni. Zwykłe pieprzone bóstwo. Nic ciekawego, za to brzmi nieźle.
Siedzimy na najwyższym poziomie gmachu siedziby firmy Neko. To jedna z firm, produkujących wszystkie te cudowne odtwarzacze, dzięki którym dniami i nocami mogę słuchać głosu Dio. Po prawdzie, Neko produkuje też broń, chociaż ostatnimi czasy, nazywa się to «ekwipunkiem deratyzatora». Łajdactwo. Gotowi wkrótce przemianować zabójczego AK-47 na «sprzęt sportowy».
W budynku, gdzieś głęboko pod ziemią, znajduje się ponoć MHC – Medium Hadron Collider. Wyposażony w superczułe detektory, średni akcelerator cząstek, jest przede wszystkim efektem kaprysu dyrektora firmy. Neko łoży olbrzymie sumy na badania naukowe, których właściwie nikt nie prowadzi. Dotacje są nieopodatkowane i wszystkie trafiają z powrotem do firmy, która raz na jakiś czas uruchamia akcelerator, żeby w razie kontroli dowieść swej naukowej działalności. Dzięki temu, przedsiębiorstwo nie musi tłumaczyć się z grubych, nieopodatkowanych milionów.
Oficjalnie więc, firma Neko inwestuje w fizykę kwantową.
Neko. «Kotek». Ohyda. Nazwalibyście tak swoją firmę? Równie dobrze można rozkręcić biznes pod szyldem «Jabłko» albo… «Okna».
Ludzie potrafią być trywialni.
Katie Mouse wraca z obchodu. Pociąga noskiem i kręci zgrabnym tyłeczkiem. Za pas ma zatknięte więcej granatów niż ja mam włosów. A mam ich sporo.
– Poziomy -2 i -3 czyste – informuje Katie swoim cieniutkim głosikiem. – Na każdym piętrze działają fotokomórki. Jeśli zwierzyna, znajdująca się obecnie znacznie niżej, spróbuje prześlizgnąć się na wyższy poziom, będziemy o tym wiedzieć.
Zwierzyna. Dobrze. Brzmi to całkiem smacznie. Gdzieś głęboko pod ziemią kryje się ostatni marny przedstawiciel swego gatunku. Przynajmniej na tej planecie. Zaszczuty i głodny, w końcu wyjdzie do nas. Wtedy padną strzały. O ile prędzej ta nędzna istota nie właduje się na którąś z min zostawionych przez Katie.
– Zamknąć wszystkie pozostałe wejścia na nasz poziom – poleciłem. – Jeżeli małe plugawe stworzonko dotrze do poziomu -1, zaskarbi sobie nasz szacunek. Powitamy je godnie.
Zaczęło się.
Wolfgang Cello, bez większej namiętności, nie zmieniając rytmu żucia sera, pozamykał wszystkie kontrolowane zdalnie włazy na parter. Donavan i Tripps – najsilniejsi z moich chłopców – pozamykali pozostałe, sterowane mechanicznie.
Pozostał tylko jeden wariant wejścia na nasz poziom. Olbrzymia śluza w podłodze, otwierana wyłącznie z tamtej strony, na fotokomórkę. Służy ona do wyładowywania produktów z dołu, za pomocą wielkiej, zawieszonej u sufitu suwnicy. Suwnica ustawia towar na pojazdy transporterów, które wyjeżdżają z budynku gigantyczną, zamkniętą autostradą, do drugiej śluzy. Tej, sterowanej przez satelitę. Druga śluza jest jedynym wyjściem na powierzchnię planety. To nasza jedyna droga do domu. Mamy kilkanaście godzin na ukończenie zadania. Później Dubaj 13 zacznie wkraczać w aphelium, a kontrolujący śluzę satelita straci łączność z centralą i prawdopodobnie rozbije się na jakimś paśmie meteorytów.
Dlaczego sami nie poszukamy zaczajonego w trzewiach budynku pasożyta? Nasz zleceniodawca ostrzegł, że poprzedni najemnicy spieprzyli robotę i dostarczyli mu niechcący sporo broni, otwierając dostęp do magazynu. Nie zamierzam ryzykować. Gdy tylko śluza otworzy się, będziemy mieć pewność, że zwierzyna wyszła na strzał. Ktoś zetnie ją serią i będzie po wszystkim. Podłoga poziomu -1 jest zbyt nisko, żeby zwierz zdołał się tu dostać. Nawet, jeżeli faktycznie jest to zwierz obdarzony śladową inteligencją.
Poza tym, istnieje pewne prawdopodobieństwo, że niepożądany element zdążył się rozmnożyć. Nasi zleceniodawcy nie potrafili określić płci tej istoty. Nie wiadomo zresztą, czy rozmnaża się toto płciowo, czy może przez zarodniki. Nie umieli nawet nazwać dzikiego lokatora firmy, wszak widzieli tylko jego ofiary.
Kolejni wynajmowani zawodowcy ginęli w niewyjaśnionych okolicznościach. Cena wzrasta zatem, z uwagi na warunki, pośpiech i niebezpieczeństwo. A my potrzebujemy funduszy.
– Jeżeli nic nie wyjdzie na strzał przez najbliższe trzy godziny, zwijamy się – poinformowałem resztę. – Nie zamierzam ryzykować zostania tutaj na następnych kilkanaście miesięcy.
Katie przytaknęła mi ochoczo. Donavan podrapał się po jajach. Wolfgang Cello mlasnął głośno. I w tym momencie śluza otworzyła się.
Informatyk przebiegł wzrokiem po ekranie komputera, potem zwrócił się w naszą stronę:
– To nie ja – minę miał całkiem głupią, jak na geniusza.
Gestem nakazałem mu milczenie. Dałem znak pozostałej szóstce, by zajęła ustalone pozycje.
Katie przykucnęła obok wielkiej konsoli, prawdopodobnie sterującej zawieszoną u sufitu suwnicą.
Ściągnęła z ramienia swoje eleganckie Uzi. Popatrzyła na mnie. Wszyscy popatrzyli na mnie. Lil Pippi i Holder Vinci, przyczajeni za kuloodporną balustradą schodów, prowadzących do oszklonego biura kierownictwa, z którego widać było całą salę. Marian Tripps, Ratt Chimney i Huey Donavan, otaczali w bezpiecznej odległości śluzę, do której każdy mierzył z M4. Ci trzej gapili się na mnie najintensywniej, jakby ze zdziwieniem i niedowierzaniem, chociaż wszyscy powinni skupić się na cholernej śluzie.
Ale ja wiem, czemu się tak gapili.
Po prostu, tam w dole niczego nie było.
Gestem i sugestywnym spojrzeniem nakazałem Trippsowi zbliżyć się do krawędzi i rozejrzeć po niższym poziomie. Chimney i Donavan osłaniali go. Marian Tripps podszedł do brzegu śluzy i przykucnął, żeby nie stracić równowagi. Przechylił się lekko i popatrzył w dół.
W tym momencie coś bezszelestnie wyłoniło się ze śluzy, spoza jego pola widzenia i chwyciło Trippsa za kołnierz. Szarpanina trwała najwyżej dwie sekundy. Rozległy się strzały. Chimney i Donavan z wyraźną wściekłością wypruli po pół serii.
Ale Trippsa już nie było.





