Połączenie
Inteligentna technologia Imperium była przeznaczona dla tych, którzy pomyślnie przejdą próbę, co wymagało wiedzy o artefaktach, a także wytrzymałości fizycznej i psychicznej. Niepowodzenie oznaczało śmierć.

Planeta Zycie
Potężny byt, mający wiedze dająca moc kontroli nad materią.
Muzyka w tle do czytania:
ZACZYNA SIĘ OD -
Sucha ziemia pod stopami Divy zadrżała, gdy statek, dzięki któremu się tutaj dostała, odleciał w siną dal.
Śledziła go wzrokiem, aż stał się jedynie małym punktem na gwieździstym niebie. Niewiele wiedziała o tym, co ją czeka. Powiedziano jej, że ma być gotowa dosłownie na wszystko, ponieważ planeta Życie jest zdolna do rzeczy, o których nawet jej się nie śniło. Znalazła się tutaj w ramach testu, który miał zadecydować, czy jest godna, by zjednoczyć się z artefaktem, a w konsekwencji – by korzystać z jego mocy. Podobno zorientuje się, gdy Kula ją wybierze. Inteligentna technologia Imperium była przeznaczona dla tych, którzy pomyślnie przejdą próbę, co wymagało wiedzy o artefaktach, a także wytrzymałości fizycznej i psychicznej. Niepowodzenie oznaczało śmierć.
Zanim Diva ruszyła w drogę, rozejrzała się po okolicy. Wyglądało na to, że obecnie znajdowała się na niezbyt wysokim wzniesieniu. Daleko przed nią jasna gleba nagle się załamywała, a jeszcze dalej widoczny był całkowicie równy teren, który w prostej linii stykał się z idealnie turkusowym nieboskłonem. Na horyzoncie nie dostrzegła żadnej roślinności, wody ani budowli. Uniosła głowę. Dojrzała kilka niewyraźnych, kulistych kształtów ulokowanych po różnych stronach nieba. Może księżyce, a może planety. Diva nie znała ich nazw, astrologia nigdy jej nie interesowała. Wolała zgłębiać wiedzę z zakresu bionewrostyki.
Poprawiła materiałowe paski małego plecaka, które wrzynały jej się w ramiona. Zaraz jednak całkowicie go ściągnęła i odłożyła na popękaną ziemię. Przykucnęła obok, sprawnie odpięła metalowe klamry, by ostatecznie dostać się do skąpej zawartości. Ukryta w środku Kula nie połyskiwała różnobarwnym światłem jak na rysunkach w księgach, które Diva czytała w umeryjskiej bibliotece stanowiącej najdoskonalsze źródło wiedzy w znanym jej świecie. Ogromny gmach biblioteki zdawał się sięgać samego nieba i bez wątpienia był najbardziej spektakularną budowlą, jaką kiedykolwiek widziała. Miała okazję ją odwiedzić wyłącznie dlatego, że klan Armonia, do którego dołączyła po opuszczeniu Corso razem z Gabrielem, zawarł porozumienie w tej sprawie z klanem Umerium. Nowe informacje zdobyła nie tylko z ksiąg, ale również dzięki rozmowom z kustoszem biblioteki, którego zwano Umberto Eco Gomes. Gdy zaczynał opowiadać, wręcz nie dało się go nie słuchać. Jego aksamitny głos od razu wdzierał się do umysłu i gościł tam tak długo, jak mędrzec sobie tego życzył.

Biblioteka Umeryjaska - Koncept Ilustracja

Diva ostrożnie wzięła Kulę w dłonie, a chłód jej gładkiej, ciemnej powierzchni sprawił, że się wzdrygnęła. Przełożyła artefakt do jednej ręki, by drugą zacząć męczyć się z zapięciem klamry. Sprawę utrudnił nagły zryw wiatru, który omal nie pozbawił jej równowagi. Musiała zacisnąć powieki, by niesione podmuchem drobinki piasku nie wpadły jej do oczu.
Pogoda uspokoiła się tak szybko, jak wcześniej się zepsuła. Wtedy Diva zarzuciła plecak na ramiona i ruszyła przed siebie z Kulą w jednej dłoni. Z naturalną gracją mijała wszelkie nierówności terenu, które zdawały się wręcz wyrastać tuż przed nią. Gdziekolwiek by nie spojrzała, jasna gleba wszędzie była idealnie równa. Mimo tego po każdym kroku musiała mierzyć się z kilkucentymetrowymi rowami, wyrwami czy wzniesieniami, których wcześniej tam nie było. Nawet nie zauważyłaby, że zbliża się do urwiska, gdyby nie to, że jej stopa zamiast na podłoże natrafiła jedynie na powietrze.
Diva ostrożnie zeszła ze stromego wzniesienia. Twarda, zbita ziemia paliła jej stopy żywym ogniem, mimo że te były odziane w buty z grubą podeszwą. Przy każdym kolejnym kroku odczuwała to coraz mocniej, aż w końcu zaczęła stawać na samych palcach, by chociaż na chwilę zafundować sobie minimalną ulgę. Zaciekawiona rozglądała się po okolicy, ale od samego początku widziała jedynie nagą, popękaną ziemię, a panujący dookoła skwar sprawiał, że powietrze zdawało się wibrować. Uparcie szła tylko przed siebie, by przypadkiem nie zacząć krążyć w kółko. Parę razy sięgnęła do plecaka po wodę albo po coś do przekąszenia, ale nie zatrzymała się ani na moment. Przez ten cały czas krajobraz w ogóle się nie zmienił. Była już tak zmęczona, że nawet palące stopy przestały jej przeszkadzać.
Znużona długą i monotonną wędrówką mimowolnie zaczęła wracać myślami do chwil na długo sprzed najazdu wojsk dowodzonych przez generała Bortusa na jej plemię. Roześmiana bawiła się z innymi dziećmi w lesie otaczającym wioskę. Mieli nie oddalać się zbyt daleko, ale nawet nie zauważyli, gdy wypadli spomiędzy drzew na jedną z niewielkich polan, których w okolicy było mnóstwo. Szybko przekonali się, że ta była zupełnie inna. Powinni byli zwrócić uwagę na wyblakłą trawę i brak innej roślinności, ale nie zdążyli. Titus, syn dobrego przyjaciela jej ojca, biegł na samym przodzie grupki, toteż to on na własnej skórze przekonał się, że natura kryje wiele pułapek. Gdy nogi chłopca zaczęły powoli znikać w ruchomych piaskach, Diva pędem rzuciła się w stronę wioski. Już po drodze krzyczała, co się stało, dzięki czemu kilku dorosłych wybiegło jej naprzeciw, jeszcze zanim dotarła do chat. Zaprowadziła ich w odpowiednie miejsce i na szczęście zdołano wyciągnąć Titusa.
Przez chwilę miała wrażenie, że jej noga ugrzęzła w piasku. To było jednak tylko złudzenie, które minęło wraz z kolejnym postawionym krokiem. Niedługo później ziemia nagle zaczęła drżeć, co Diva w pierwszym momencie również wzięła za wytwór swojej wyobraźni. Drżenie jednak nie ustało, więc postanowiła się zatrzymać. Rozejrzała się wokół, ale nie dostrzegła żadnego zagrożenia. Rozstawiła nieco szerzej nogi i ugięła je w kolanach, by złapać równowagę, ponieważ powierzchnia planety zdawała się rozjeżdżać. Ułamek sekundy później po opustoszałej okolicy rozszedł się głośny trzask, a między stopami Divy pojawiło się rosnące w przerażającym tempie pęknięcie. Błyskawicznie uskoczyła w prawo. Nadepnęła na małe wzniesienie, przez co się potknęła i uderzyła ramieniem o ziemię. Zdołała jednak utrzymać Kulę w dłoni. Gdy drżenie ustało, podniosła się na łokciu, żeby spojrzeć na miejsce, w którym dopiero co stała. Teraz znajdowała się tam ogromna wyrwa, do której Diva szybko się przyczołgała. Zacisnęła palce na poszarpanej krawędzi, a drobinki twardej ziemi wbiły się w jej skórę. Wychyliła się w stronę dziury. Nie dostrzegła dna. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł po jej pokrytych bliznami plecach.
1.

Koncept Ilustracja
W końcu podniosła się i otrzepała grafitowe szaty z jasnego piasku, ale nagły podmuch wiatru i tak zniweczył wszystkie jej trudy. Prychnęła z irytacją i schyliła się po leżącą nieopodal Kulę. Gdy znów się wyprostowała, zauważyła, że na horyzoncie majaczą nowe kształty. Zmrużyła oczy. Z suchej gleby naprawdę wyłaniały się wysokie krzewy.
Diva skręciła w tamtym kierunku i jakby z nową siłą ruszyła przed siebie. Odległość między nią a pierwszymi roślinami błyskawicznie się zmniejszała, dzięki czemu niedługo później stała na swoistej krawędzi między dwoma zupełnie innymi częściami planety. Za sobą miała suchą, martwą i stwardniałą glebę, a przed sobą połacie zieleni. Roiło się tu od różnobarwnych krzewów, a najwyższe z nich sięgały Divie do ramienia. Kwiaty przebijały się przez gęstą trawę, co sprawiało, że gleba była niemal niewidoczna. Brakowało jedynie drzew.
Wędrówka przez ten obszar okazała się niespodziewanie trudna. Musiała wysoko podnosić nogi, by nie zaplątać się w trawie i pnących się po ziemi roślinach. Co rusz przeciskała się między krzewami, a niektóre z nich drażniły jej skórę kolcami. Była zmęczona i głodna. Nie wiedziała nawet, jaka jest pora dnia, gdyż niebo nad nią nie zmieniło się od początku wędrówki – nie licząc małych ptaków, które teraz latały wysoko nad jej głową.
W plecaku zostało już niewiele jedzenia. Diva przykucnęła przy jednym z niższych krzaków. Jego długie listki kształtem przypominały palce. Zerwała jeden z nich i przełamała na pół. Bladozielony sok upewnił ją, że ma do czynienia z narwicowcem. Te krzewy rosły również na Corso, jednak zazwyczaj były większe. Diva włożyła pół liścia do ust. Słodki, znajomy smak od razu ją pokrzepił. Zerwała kilkanaście listków i większość z nich wrzuciła do otwartego plecaka, do którego moment wcześniej schowała Kulę. Pozostałe od razu zjadła.
Była znacznie bardziej głodna, niż początkowo sądziła. Właśnie z tego powodu podążyła wzrokiem za zwierzęciem, które przemknęło po drugiej stronie krzaków. Diva powoli podniosła się z kucek. Bez problemu rozpoznała samotnego anabiaka. Stał kilkanaście kroków od niej i, cicho pomrukując, obgryzał intensywnie fioletowe kwiaty. Szare, włochate ciało na trzech chudych nogach po chwili w niezwykle charakterystyczny sposób przesunęło się do kolejnego kwiatka. Nic dziwnego, że potocznie nazywano je sinoskoczkami. Anabiaki były niegroźne, żywiły się roślinami. W popłochu jednak robiły mnóstwo hałasu i rzucały się do chaotycznej ucieczki. W młodości Diva nie raz została przewrócona przez to zwierzę podczas polowania.
Po cichu wyszła zza krzaków i rzuciła się na sinoskoczka. Bez trudu powaliła na ziemię mniejsze od siebie zwierzę, które od razu zaczęło wydawać przeraźliwe piski. Diva mocno chwyciła mały włochaty łeb i przekręciła go w bok. Piski ustały, a anabiak przestał się wierzgać. Wróciła do plecaka, by wyjąć z niego niewielki błyszczący nożyk. Z wprawą zdjęła skórę ze zwierzęcia i odcięła wszystkie grubsze kawałki mięsa. Gdy skończyła, była brudna od krwi i potwornie zmęczona. Zawinęła mięso w skórę anabiaka i schowała je do plecaka. Postanowiła oddalić się od resztek zamordowanego zwierzęcia, by poszukać miejsca na nocleg.
2.

Koncept Ilustracja
Niedługo później trafiła w okolice wąskiego, ale wartkiego strumyka, którego źródło było dla niej niewidoczne. Woda po prostu przecinała powierzchnię planety. Zdawała się znikąd nie wypływać. Diva nie miała siły o tym myśleć. Rzuciła plecak na trawę i postawiła jeszcze krok, żeby przykucnąć przy samym brzegu. Umyła ręce, odkryte przedramiona i w końcu twarz. Później zrzuciła grube buty, które mimo swojego topornego wyglądu wcale nie były ciężkie. Włożyła opuchnięte stopy do zimnego strumyka. Na koniec wychyliła się w bok, by chwycić skórzany plecak. Przed pójściem spać postanowiła jeszcze przemyć zdobyte mięso, które później znów schowała do plecaka. Na boso odsunęła się od strumyka i po prostu ułożyła się na trawie. Gleba była twarda, ale Diva przywykła do takich warunków podczas lat spędzonych w niewoli. Prycza w celi wcale nie była wygodniejsza.
Sen zmorzył ją niezwykle szybko, nawet nie zdążyła dobrze się ułożyć. Nie wiedziała, ile czasu minęło, zanim obudziła się cała obolała. Niebo wciąż było turkusowe, a powietrze gorące. Diva ociężale podniosła się z ziemi. Włożyła buty, po czym zaczęła otrzepywać szaty z piasku i trawy. Zanim zdążyła dokładniej przyjrzeć się ubraniu, wszystko pogrążyło się w ciemności. Zupełnie tak, jakby ktoś zgasił światło. Diva zastygła w bezruchu, trzymając kawałek miękkiego, lecz wytrzymałego materiału między palcami. Zamrugała parokrotnie, ale to nie pomogło. Nawet gdy podniosła głowę i spojrzała tam, gdzie powinno być turkusowe niebo, wciąż widziała jedynie czarną plamę. Nie potrafiła dostrzec żadnych kształtów. Z każdej strony otaczała ją nieprzenikniona ciemność, a do uszu docierała jedynie cisza. Znów poczuła się tak, jak co noc w celi, gdy Enormus chowała się za horyzontem i zapadał nieprzenikniony niczym mrok. Nigdy nie wiedziała, czy dotrwa do świtu. Nie wiedziała też, z czym przyjdzie jej zmierzyć się podczas tych kilku godzin, w których trakcie nie mogła dostrzec nawet własnych dłoni, a co dopiero sylwetki Bortusa, który pod osłoną nocy lubił zaspokajać swoje żądze.
Diva stała jeszcze chwilę bez ruchu. Musiała uspokoić nierówny oddech i trzepoczące w piersi serce. Nie mogła pozbyć się natrętnych myśli, które sprawiały, że trzęsły jej się nogi. W takich chwilach czuła, jakby nie miała żadnej kontroli nad swoim ciałem. W końcu się przemogła i niepewnie zaczęła stawiać kroki, lecz nawet wówczas nie dobiegł do niej żaden dźwięk. Starała się szurać butami o podłoże, którego teraz nie była w stanie wyczuć, ale to nic nie dało. Jakby lewitowała gdzieś w przestrzeni. Odnalazła plecak, a potem z zaciętą miną nieco żwawiej ruszyła przed siebie. Miała nadzieję, że nie zmierza w stronę, z której niedawno przyszła.
Już podczas wędrówki w otoczeniu niezmiennego, niemal pustynnego krajobrazu zdawało jej się, że straciła poczucie czasu, ale teraz to odczucie było jeszcze silniejsze. Mogła krążyć w kółko i wcale o tym nie wiedzieć. Mogła zbliżyć się do krawędzi klifu i nie mieć o tym zielonego pojęcia. Mimo tego nie przerwała wędrówki. Jedynie pulsujący ból w lewym ramieniu przekonywał ją, że nie jest to ani sen, ani inny stan świadomości. Chciała usiąść, może przeczekać całą tę ciemność, która raz po raz przyprawiała ją o dreszcze, ale domyślała się, że to nie spodobałoby się Kuli. Szła więc krok za krokiem, równym tempem, bez zbędnego oglądania się na boki. Skupiała się na ustabilizowaniu oddechu, żeby jakoś zagłuszyć natrętne myśli.
3.

Koncept Ilustracja
W końcu drżące nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Tak przynajmniej jej się wydawało, gdy nagle straciła równowagę i musiała amortyzować upadek rękoma, jednocześnie dbając, by nie zgubić artefaktu. Szybko zrozumiała, że w rzeczywistości coś zaplątało się wokół jej kostki. Diva spróbowała szarpnąć nogą, ale efekt był mizerny. Zamiast się uwolnić, poczuła, jak to coś wżyna się w jej ciało, ścierając naskórek. Zanim wymyśliła, jak może się uwolnić, w okolicy rozeszło się charakterystyczne syczenie. Diva wstrzymała oddech. Zgięła się w pół i na oślep sięgnęła prawą ręką do bolącej nogi. Na opuszkach palców wyczuła coś mokrego, a następnie natrafiła na grube, miękkie pnącze. Syczenie nie ustawało, a jej powoli brakowało powietrza. Była w poważnych tarapatach. Nie widziała rośliny, która ją unieruchomiła, ale wszystko wskazywało na to, że to plątawica błękitna. Diva dowiedziała się o niej podczas studiowania ksiąg w bibliotece umeryjskiej. Wdychanie błękitnego gazu wydzielanego przez roślinę powodowało osłabienie całego organizmu. Mięśnie odmawiały posłuszeństwa, a umysł przesłaniała gęsta mgła, która utrudniała podjęcie jakiejkolwiek decyzji. Właśnie do tego doszło, gdy Diva już nie wytrzymała i wzięła wdech.
Wiedziała, że to może być podróż w jedną stronę, jednak wcześniej nie wątpiła, że sobie poradzi. Od dziecka czytała o artefaktach. Jeśli okiełzna Kulę, to nikt już nigdy nie postąpi z nią i jej bliskimi tak, jak generał Bortus Vispanius Scipio w przeszłości. Narastający gniew nie był w stanie odegnać opanowującej ją senności. Kuląc się na ziemi, myślała tylko o tym, że przecież już nie ma bliskich. Moment później wszystkie jej myśli zniknęły.
Gdy odzyskała przytomność, wciąż było ciemno. Leżała jeszcze przez chwilę, gdyż nie miała pewności, czy naprawdę już się obudziła. W końcu podniosła się na łokciach, a następnie usiadła. Sięgnęła ręką do kostki. Tym razem na nic nie natrafiła. Nie dziwiło jej to. W podręcznikach do bionewrostyki wyraźnie pisano, że pnącza plątawicy błękitnej usychają po wydzieleniu gazu. Roślina obezwładniała potencjalnego napastnika, jednocześnie poświęcając część swojego ciała. Taka strategia obronna była wyjątkowo kosztowna, ale w przypadku mniejszych stworzeń również bardzo skuteczna. Diva musiała uważać, żeby znowu nie natknąć się na któreś z pnączy.
Zanim Diva zdążyła wstać, planetę wręcz zatopiła fala światła. Oślepiona zacisnęła powieki i szybko pochyliła głowę w stronę ramienia, by jeszcze bardziej zasłonić podrażnione oczy. Mimo tego wciąż zdawało jej się, że światło zaraz pozbawi ją wzroku. Minęła dłuższa chwila, zanim zdecydowała się podnieść głowę. Od razu zamrugała parokrotnie, przy okazji pozbywając się łez, które pojawiły się w reakcji na ostre światło. Mimowolnie wstrzymała oddech, gdy dostrzegła w odległości kilkunastu metrów ogromne stworzenie przyczajone między bujną roślinnością. Płaskie, intensywnie zielone liście wysokich krzewów dobrze maskowały jego obecność. Podobnie sprawowały się smukłe drzewa o rozłożystych koronach. Na ich gałęziach oprócz liści rosły również duże, różnobarwne kwiaty. Diva nigdy wcześniej nie widziała tego typu roślin. Szybko odwróciła wzrok od żółtych ślepi zwierzęcia. Ściągnęła plecak, by wyjąć z niego artefakt.
Chwyciła Kulę w jedną dłoń, zarzuciła plecak na ramię i szybko zaczęła podnosić się z wysokiej trawy, która teraz drażniła każdy odkryty kawałek ciała. Gdy spacerowała w ciemności, wcale tego nie czuła. Tym bardziej nie spodziewała się, że stanie oko w oko ze zwierzęciem znacząco przewyższającym ją rozmiarem. Diva wychowała się na planecie Corso, którą zamieszkiwały jedne z największych istot w znanym jej świecie. Odkąd Gabriel ją stamtąd zabrał, nie widywała już tak dużych stworzeń.
4.

Koncept Ilustracja
Domyśliła się, że w roślinach czai się ropulus. Nigdy wcześniej go nie widziała, ale zapamiętała te żółte oczy z książek. Tych samych, w których czytała o plątawicy błękitnej. Ropulusy były pokryte łuskami i potrafiły zmieniać kolor na zielony oraz brązowy, dzięki czemu doskonale maskowały się w otoczeniu. Z uwagi na brak ogona mogły chodzić na dwóch lub czterech łapach. Ten przed Divą akurat stał na czterech, w innym wypadku byłby jeszcze większy. Zdradziły go nie tylko żółte ślepia, ale również szeroki kołnierz okalający grubą szyję. Końce kołnierza były ostre jak brzytwa, a im dłużej żył gad, tym jego kołnierz był większy. Ropulusy były nie tylko dużymi, ale również inteligentnymi drapieżnikami. Zamiast bezmyślnie rzucać się na swoją ofiarę, otaczały ją całą grupą i dopiero wtedy atakowały. To nie wróżyło dobrze.
Trawa zdradziecko zaszeleściła, gdy Diva podniosła się z ziemi. Co prawda kryjący się w zaroślach gad nie zareagował, ale niedaleko obok niego błysnęły kolejne żółte ślepia. Diva rozejrzała się wokół w poszukiwaniu wyjścia z sytuacji. Nie miała przy sobie żadnej broni, więc ewentualna konfrontacja najprawdopodobniej skończyłaby się dla niej tragicznie. Szybko zrozumiała, że ucieczka nie wchodzi w grę – ropulusy otaczały ją praktycznie z każdej strony. Błagalnie spojrzała na Kulę, ale jej powierzchnia pozostała ciemna i zimna. Diva szybko odwróciła głowę w prawo, gdy coś tam zaszeleściło. Sekundę później to samo stało się z lewej i z każdej innej strony. Gady powoli się zbliżały, a ona nie mogła ani walczyć, ani uciekać. Mogła jedynie pozwolić się pożreć albo rozszarpać. Wychodziło na jedno i to samo.
Kropelki zimnego potu spływające wzdłuż kręgosłupa sprawiły, że szara koszula przykleiła się do jej pleców. Zrobiły nawet więcej – przypomniały jej o plecaku, który dźwigała od samego początku wędrówki. Miała w nim nieco wody i zdobyte jedzenie. Pamiętała, że ropulusy żywią się między innymi mięsem anabiaków. Właśnie to mięso od pewnego czasu dźwigała ze sobą. Musiała postawić wszystko na jedną kartę. Nie była w stanie wygrać siłą, więc musiała popracować głową, by zaraz jej nie stracić.
W mgnieniu oka ściągnęła plecak, upuszczając Kulę na trawę. Powierzchnia planety Życie drżała pod naporem masywnych nóg, które nadal w monotonnym tempie zbliżały się do szarpiącej się z zapięciem plecaka Divy. Klęła pod nosem, jakby w ten sposób mogła zaczarować błyszczącą sprzączkę. W końcu zdecydowanym ruchem zerwała pasek i wyciągnęła całą garść miękkich kawałków mięsa anabiaka, która zaczęła wyrzucać przed siebie i na boki. Stworzenia powoli odwracały łby, gdy mięso przelatywało obok nich, lecz moment później znów wpatrywały się swoimi żółtymi ślepiami w trupiobladą Divę. U niektórych z nich długie kły niemal dotykały kołnierzy.
– Nie działa… – szepnęła niemal bezgłośnie, mocniej zaciskając palce na grubym materiale plecaka.
Szumiało jej w uszach, a oddech powoli grzązł w gardle. Wyjęła kolejną garść drobno pokrojonych kawałków mięsa, które miały pomóc jej przeżyć. Na nic by się zdały, gdyby skończyła w gadzich paszczach. Już czuła na sobie gorące oddechy ropulusów, których siła rozwiewała pojedyncze kosmyki ciemnych włosów wyswobodzonych z ciasnego upięcia. Kwaśny odór z wielkich paszcz i krople śliny gadów na jej twarzy przyprawiły Divę o dodatkowy skręt żołądka.Wciąż rzucała kawałki mięsa na wszystkie strony. Zwierzęta nie zareagowały.
Wciąż się zbliżały, zamykając ją w coraz ciaśniejszym kręgu. Nie mogła się ruszyć – nie miała gdzie, a na dodatek jej nogi całkowicie odmówiły posłuszeństwa. Wypuściła plecak z dłoni i razem z nim opadła na ostrą trawę. Rozpaczliwie chwyciła leżącą obok Kulę, lecz ta pozostała uśpiona. Diva przetarła palcami jej ciemną powierzchnię, z żalem myśląc, że robi to ostatni raz. Jeżeli chciała przeżyć, musiała spróbować czegoś nowego.
5.

Koncept Ilustracja
Uderzyła Kulą w nogę najbliższego z ropulusów. Nic się nie wydarzyło. Gad nawet się nie cofnął. Uderzała z całej siły w to samo miejsce, ale nie przyniosło to żadnego efektu. Nic nie działało. Gdy ropulusy zaczęły mlaskać długimi jęzorami tuż nad jej głową, skuliła się, jak robiła to już nieraz, i po prostu zamknęła oczy, oczekując najgorszego. Zwierzęta już dawno powinny rozszarpać jej ciało między swoimi ostrymi jak sztylety kłami. One jednak przestały kłapać paszczami. Na moment zapadła cisza, ale Diva nie podniosła głowy.
– Powstań.
Szybko spojrzała w górę zaskoczona męskim, głębokim głosem. Nagle zrozumiała, dlaczego jeszcze żyje. Podniosła się z ziemi i zarzuciła na ramię niespodziewane lekki plecak. Teraz przybysz był niższy od niej blisko o głowę. Jego oczy łudząco przypominały ślepia grupki otaczających go ropulusów. Stworzenia już nie kłapały paszczami, a ich kołnierze przylegały do pokrytych łuskami ciał. Gdyby nie olbrzymie rozmiary i wielkie kły w tej chwili wyglądałyby na całkiem łagodne.
– Kim jesteś? – Wciąż nieufanie krążyła wzrokiem między mężczyzną a podejrzanie spokojnymi ropulusami.
– Jeśli pytasz o mą godność, pani, zwą mnie Opiekunem.
– Nie masz żadnego imienia?
– Zwą mnie Opiekunem – powtórzył z tym samym łagodnym uśmiechem.
– Diva – mruknęła. Skoro nieznajomy nie chciał powiedzieć jej zbyt wiele o sobie, postanowiła odpłacić się tym samym. – Dziękuję za pomoc.
– Proszę za mną.
Ruszył w kierunku, z którego przyszła. Przynajmniej tak jej się zdawało. Podróż w całkowitej ciemności oraz omdlenie mocno zaburzyły jej orientację w terenie. Patrzyła, jak Opiekun oddala się od niej długimi susami. Może i sięgał jej do ramienia, ale poruszał się niezwykle szybko i zwiewnie, prawie nie dotykał stopami podłoża. Zdawało jej się, że coś majaczy w okolicach jego pleców. Jakby gromadziła się przy nich przezroczysta energia, która następnie układała się w niewyraźny kształt.
– Chyba że chcesz zginąć, Divo! – zawołał niezwykle melodyjnie.
To skłoniło ją do ruszenia się z miejsca. Popędziła za wciąż szybko przemieszczającym się nieznajomym. Dogoniła go przy strumyku, co potwierdziło, że zmierzali w kierunku, z którego przyszła. Nie minęli pozostałości anabiaka, na którego polowała jakiś czas temu. Nawet nie potrafiła określić, od kiedy wędruje po planecie Życie. Najwidoczniej wystarczająco długo, by jakieś zwierzę zdążyło posilić się tym, czego ona nie była w stanie zjeść.
Zrównała się krokiem z Opiekunem i zerknęła na niego kątem oka. Akurat odganiał ropulusy, przed którymi niedawno ją uratował. Rozkazywał im w taki sposób, jakby rozmawiał z kimś, kto rozumie jego słowa. Krótkim palcem wskazał kierunek, w którym gady mają podążyć, a one posłusznie się oddaliły. Żaden osobnik nie okazał nawet odrobiny sprzeciwu. Diva pomyślała, że ropulusy muszą postrzegać Opiekuna jako przywódcę stada.
– Jak to robisz? – zapytała, gdy stworzenia zniknęły jej z oczu. Opiekun nie odpowiedział, nawet nie obrócił twarzy w jej stronę. – Jak je kontrolujesz?
– Nie kontroluję, pani. Same mnie słuchają.
Wydało jej się to nieprawdopodobne, ale nie chciała posądzać nieznajomego o kłamstwo. W końcu ją uratował. Gdyby nie on, ropulusy rozszarpałyby ją długimi kłami, a w międzyczasie poćwiartowały ostrymi krawędziami kołnierzy. Niezależnie od tego, czy nieznajomy mówił prawdę, czy nie, miała u niego dług wdzięczności. Nie wiedziała jednak, w jaki sposób go spłaci.
6.

Koncept Ilustracja
Szybko omiotła wzrokiem jego twarz. Czubek głowy pokrywały rzadkie, krótkie włosy. Długa prostokątna twarz wyglądała jak wyciosana z kamienia. Do tego szeroki nos i wężowe oczy o barwie przypominającej charakterystyczną żółć ślepi ropulusów. Nieznajomy nie był jednak pokryty łuskami, lecz szarawą skórą. Diva pierwszy raz widziała kogoś takiego.
– Co tu robisz? – Wędrowanie w ciszy wprawiało ją w zakłopotanie.
– Mieszkam.
– Sam?
Opiekun całkowicie zignorował jej pytanie. Diva niezadowolona zmarszczyła nos, ale nie naciskała dalej. Mimo swojej małomówności nieznajomy i tak sprawiał wrażenie uprzejmego. To jednak nie zmieniło faktu, że zaczynała nabierać podejrzeń. Jakim cudem pojawił się obok niej w ostatniej chwili? Nigdy nie miała szczęścia i szczerze wątpiła, żeby akurat w tamtej chwili coś mogło się zmienić. Najwidoczniej Opiekun musiał ją obserwować. Może dostrzegł ją w ciemności, gdy leżała otumaniona gazem plątawicy błękitnej? Może sam napuścił na nią ropulusy, by chwilę później ją uratować?
– Nie zastanawiasz się, co ja tu robię? – zapytała tym razem już nie ciekawsko, lecz podejrzliwie.
– Nie.
– Czyli to wiesz?
Chichot Opiekuna wprawił ją w osłupienie. Brzmiał jak mała dziewczynka, mimo że jeszcze przed momentem posługiwał się niskim, melodyjnym głosem. Wątpliwości narastały, ale Diva nadal szła z nim krok w krok. Alternatywą było zostanie pożartą przez bandę wygłodniałych ropulusów.
– Nie wiem – odparł znów tym głosem, do którego już zdążyła przywyknąć. – To po prostu nie jest ważne.
Postanowiła już nic nie mówić i zamiast tego poczekać na ruch ze strony Opiekuna. Ten jednak nie nadszedł przez bardzo długi czas. Dopiero gdy na horyzoncie zamajaczyła mała kamienna konstrukcja, nieznajomy zwrócił twarz w stronę Divy.
– Potowarzysz mi w podróży do podziemi, pani?
Diva kiwnęła głową. Nie chciała spuszczać z oczu prostokątnego budynku, który wysokością prawdopodobnie dorównywał jej samej. Otaczały go drzewa, a pnącza gęsto pokrywały brudnożółte ściany. Ktoś nieuważny mógłby nie zwrócić uwagi na tę niepozorną budowlę.
Gdy do niej podeszli, okazało się, że Diva musi schylić głowę, by przejść przez uchylone wrota. Nie mogła się wyprostować, dopóki nie odnalazła stopą schodka prowadzącego w dół. Pewnie stawiała kroki, mimo że z każdym kolejnym pogrążała się w coraz większej ciemności. Na szczęście, zanim całkowicie przestała widzieć otoczenie, Opiekun ściągnął ze ściany pochodnię i zapalił ją jednym gestem. Po prostu jej dotknął, a ta zajęła się ogniem. Diva wciągnęła haust powietrza przez usta.
– Proszę trzymać się blisko mnie i stawiać kroki tam, gdzie ja.
Mimo że niemal szepnął, jego głos i tak odbił się echem od zimnych ścian. Drastyczny spadek temperatury sprawił, że Diva drżała. Roztarła dłońmi zmarznięte ramiona. Materiał, który je okrywał, był zbyt cienki na taki chłód. Zbliżyła się do ściany, wzdłuż której Opiekun zapalał kolejne pochodnie. Ogień dawał nieco ciepła, dzięki czemu znów się rozluźniła.
7.

Koncept Ilustracja
Nieopatrznie zahaczyła stopą o jakiś wystający kamień, który od razu schował się w posadzce. Ziemia nagle zadrżała, a z sufitu spadły małe odłamki. Diva przystanęła, gdyż Opiekun idący dwa kroki przed nią również się zatrzymał. Spojrzał na nią przez ramię, a jego błyszczące oczy nie wyglądały już tak łagodnie jak wcześniej. Teraz do złudzenia przypominały żółte ślepia ropulusów. Diva nieświadomie się cofnęła.
– Miałaś stawiać kroki tam, gdzie ja.
Spojrzała w górę, ponieważ przed momentem coś uderzyło ją w głowę. Albo jej się zdawało, albo sufit naprawdę zaczął się obniżać. Syk Opiekuna skłonił ją do zerknięcia w jego stronę. Gdy ich oczy się spotkały, nieznajomy od razu zaczął szybko przemieszczać się do przodu. Nie musiał nic mówić, by zaczęła za nim podążać.
– Gdzieś tu są drzwi, pomóż mi szukać – polecił gniewnym tonem.
Schylona Diva od razu zaczęła dotykać ściany po prawej stronie, ponieważ Opiekun zajął się tą po lewej. Wodziła palcami po nierównej powierzchni. Próbowała znaleźć jakiś obluzowany kamień, ale żadnego nie mogła wcisnąć ani wysunąć. Sufit wciąż się obniżał i to z coraz większym hałasem. Pisk stawał się nie od zniesienia.
Diva dalej nerwowo przenosiła dłonie z jednego kamienia na drugi, aż poczuła na skórze delikatny podmuch powietrza. Przesunęła palec wzdłuż wąskiej szpary. Teraz miała już pewność, że znalazła źródło wiatru. Naparła dłonią na kamienny bloczek, który mimo początkowego oporu jednak się przesunął. Spadł gdzieś z hałasem. Diva bez namysłu włożyła rękę w powstałą dziurę. Na oślep zaczęła szukać za ścianą czegoś przydatnego. Sufit nadal opadał, a Opiekun zniknął jej z oczu. W końcu na coś natrafiła. Od razu oplotła palcami zimną, metaliczną powierzchnię. Spróbowała popchnąć obiekt, ale ten ani odrobinę się nie przesunął. Pociągnęła go w swoją stronę, a gdy opadł, zrozumiała, że ma do czynienia z dźwignią.
Hałas skłonił ją do odwrócenia głowy w drugą stronę. W ścianie pojawiła się kwadratowy otwór. Nisko znajdujący się sufit nie pozwalał jej wstać, więc musiała przedostać się do przejścia na czworakach. W połowie drogi sytuacja się pogorszyła, przez co Diva zaczęła się czołgać. Z bliska otwór okazał się mniejszy, niż początkowo sądziła. Musiała ułożyć się pod skosem, żeby się przez niego przecisnąć. Mało brakowało, a spadający sufit zmiażdżyłby jej stopy.
Odczołgała się jeszcze kawałek. W pomieszczeniu panował półmrok. Coś chrzęściło pod jej dłońmi. Nie zwracała na to uwagi, dopóki nie poczuła uszczypnięcia w palec. Wtedy szybko wstała z ziemi. Uderzyła głową w niski sufit i znów na moment upadła na podłogę. Podniosła dłoń, by rozmasować bolące miejsce, ale zatrzymała ją w pół drogi, bo zobaczyła zahaczonego o skórę dużego owada. Zniesmaczona potrząsnęła ręką. Nie bała się robali, ale wolała nie mieć z nimi takiego bliskiego kontaktu.
Wstała, ale się nie wyprostowała. W niezbyt dużym pomieszczeniu nie było nikogo poza nią i robakami. Mimo półmroku na ścianach dostrzegła różne żłobienia i malunki. Nie widziała jednak drzwi. Przez biegające w popłochu robaki nie była w stanie dostrzec podłogi, a co dopiero znaleźć jakiś przełącznik. Podenerwowana przełknęła ślinę. W rogu pomieszczenia zauważyła kilka żółtawych kości, w tym uszkodzoną czaszkę. Najwidoczniej ktoś trafił tu przed nią.
– Opiekunie! – zawołała i na moment stanęła bez ruchu. Robaki zaczęły wspinać się po jej nogach, ale wciąż czekała na odpowiedź nieznajomego, który przecież uratował jej życie. – Opiekunie, gdzie jesteś?!
8.

Koncept Ilustracja
Do jej uszu najpierw dotarł odgłos przypominający skrobanie, a następnie ciche stęknięcie. Podbiegła do ściany i zatrzymała się tuż obok resztek kościotrupa. Przycisnęła ucho do kamiennej płyty.
– Opiekunie, jesteś tu?!
– Tu… – Diva ledwie usłyszała ten słaby, stłumiony głos. – P-pomóż mi…
– Jak mam do ciebie przejść?
– Pomóż…
Głos ucichł, a Diva wciąż nie wiedziała, co zrobić. Była zamknięta w niskim pomieszczeniu pełnym robaków i nigdzie nie mogła dostrzec wyjścia. Nawet nie potrafiła opuścić tego miejsca, a co dopiero komuś pomóc. Nie powinna była zgadzać się na wejście do podziemi. Wpadła z jednych kłopotów w drugie.
Nagle przypomniała sobie o plecaku. Już niewiele w nim zostało, dlatego była pewna, że bez problemu odnajdzie Kulę. Nic z tego. Nie dostrzegła artefaktu. Nie natrafiła dłonią na jego gładką powierzchnię. Wyjęła całą zawartość plecaka – po Kuli naprawdę nie było ani śladu. Od razu zrobiło jej się gorąco, mimo że do tego czasu drżała z zimna. Musiała gdzieś zgubić artefakt. Jak mogła do tego dopuścić? Przecież przyleciała tu, żeby się z nim złączyć, a nawet nie miała go przy sobie. Nic dziwnego, że utknęła w podziemiach. Najwidoczniej na to zasłużyła.
Zapięła plecak i przerzuciła go przez ramię. Musiała szybko coś wymyślić. Nie miała już wody, a jedzenie powoli jej się kończyło. Poza tym nie wiedziała, w jakim stanie był Opiekun. Jeżeli został na korytarzu, to na pewno przysypały go kamienie. Nie było czasu do stracenia.
Diva postanowiła poszukać jakiegoś obluzowanego kamienia jak poprzednim razem. Uważnie wodziła palcami po każdej ze ścian, całkowicie ignorując robaki wspinające się zarówno po nich, jak i po niej. Przesuwała się po całym pomieszczeniu i dotykała dosłownie każdego fragmentu nierównej, zimnej powierzchni. Niczego nie znalazła.
Stała akurat przy resztkach szkieletu, dlatego zrezygnowana zerknęła w jego stronę. Kości wyglądały na naprawdę stare – były pożółkłe i wyszczerbione, a na dodatek brakowało wielu z nich. Dopiero teraz zauważyła, że na podłodze leży jeszcze jedna uszkodzona czaszka. To jednak nie było najdziwniejsze.
Przykucnęła i sięgnęła ręką do przewróconej czaszki, która teraz przypominała miskę. Chwyciła w dwa palce znajdującą się w niej małą kartkę i zdmuchnęła z niej kurz. Musiała wytężyć wzrok, by w półmroku zdołać przeczytać odręcznie wykonany napis.
„Nikt mnie rozciągnąć nie może, choć uciąć mnie może każdy,
Różnej bywam ja barwy, a będę kiedyś i biały.
Wolę czarnym pozostać, mniej będę bał się przeznaczeń”
Diva ścisnęła znalezisko w dłoni. Już sama obecność kartki w takim miejscu wydawała jej się dziwna, ale jej treść okazała się jeszcze bardziej zaskakująca. Nie miała pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi. Liczyła raczej na wiadomość, która pozwoli jej wyjść z pułapki. Tymczasem w jej głowie pojawiło się jedynie jeszcze więcej pytań.
Diva postanowiła po raz kolejny zbadać ściany, przy okazji zwracając większą uwagę na podłogę. Nie znalazła żadnego przełącznika ani szczeliny. Zawołała Opiekuna, ale ten nie odpowiedział. Nawet jeśli dla niego było już za późno, to i tak musiała znaleźć wyjście. Kolejny raz zatrzymała się przy szkielecie. Skoro to tutaj znalazła wiadomość, to powinna dokładniej przyjrzeć się temu miejscu.
Po chwili wahania ostrożnie przesunęła kości i po raz pierwszy przebiegła palcami po ścianie za nimi. Szybko trafiła na małe wgłębienie. Odsunęła rękę i przyjrzała się temu miejscu. Niewiele widziała. Dziura na pewno nie przechodziła na wylot. Nie wyglądała jednak, jakby powstała przypadkowo.
9.

Koncept Ilustracja
Diva jeszcze raz przeczytała napis z kartki. Tym razem na głos.
– Uciąć mnie może każdy… – mruknęła po raz kolejny, obejmując pomieszczenie wzrokiem. Nie było tu nic, co mogłaby uciąć, a czego nie mogłaby rozciągnąć. Przez chwilę myślała o pełzających wszędzie robakach, ale do nich nie pasowało kolejne zdanie. – Różnej barwy i kiedyś biały… One wszystkie są takie same. Bał się przeznaczeń…
Pokręciła głową i ciężko westchnęła. W pomieszczeniu nie było nic pomocnego. Jeszcze raz dotknęła otworu w ścianie. Był za mały, by włożyć do niego palec. Nie mogła sprawdzić, czy na końcu jest jakiś przycisk. Może to jakaś mniejsza rasa zbudowała to miejsce i nikt nie przewidział, że wejdzie tu ktoś rozmiarów Divy? Jeśli tak, to była wręcz skazana na śmierć w tej komnacie.
Odgarnęła włosy, które jakiś czas wcześniej opadły jej na czoło. Jeden kosmyk znów spadł niemal na oczy. Poirytowana chwyciła go w palce i wetknęła za ucho. Jeszcze raz przeczytała napis na kartce.
– Różnej bywam ja barwy, a będę kiedyś i biały… – Mimowolnie sięgnęła do dopiero co zatkniętego za ucho kosmyka. Szybkim ruchem opuściła rękę, wyrywając przy tym kilka włosów. – Przecież to oczywiste.
Zbliżyła twarz do ściany. Wyrwane włosy były na tyle cienkie, że bez problemu mieściły się w otworze, ale Diva musiała mocno się namęczyć, żeby trafić nimi w odpowiednie miejsce. Wcisnęła je do samego końca. Uważnie nasłuchiwała odgłosu kliknięcia, ale nic takiego nie nastąpiło. Dźwięk dobiegł z zupełnie innej strony.
Niedaleko niej kamienna płyta z hukiem upadła na podłogę. Diva podniosła głowę i dostrzegła otwór w suficie. Zgarbiona podeszła tam bez chwili zwłoki. Dzięki swojemu wzrostowi nawet nie musiała się wspinać, by przez niego przejść. Wystarczyło, że lekko się podciągnęła i przerzuciła najpierw jedną nogę, a potem drugą. W nowym pomieszczeniu mogła bez problemu się wyprostować.
Od razu pobiegła w kierunku, z którego wcześniej dochodził do niej głos Opiekuna. Dostrzegła go leżącego pod stertą kamieni, która zasypała prawie całe jego ciało. Widziała jedynie głowę i barki. Przykucnęła obok. Uderzyła go lekko w ramię, na co otworzył oczy.
– Opiekunie, słyszysz mnie?
– Długo cię nie było, Divo – odparł słabym głosem.
Diva nieznacznie się uśmiechnęła i zaczęła odrzucać kolejne kamienie. Mimo że niektóre były całkiem duże, przesunięcie ich przyszło jej z łatwością. Co jakiś czas zerkała na Opiekuna. Naprawdę jej ulżyło, gdy się odezwał. Poza tym teraz byli kwita – wcześniej on uratował jej życie, a teraz ona zrobiła to samo dla niego.
Po chwili Opiekun był już wolny. Ku jej ogromnemu zaskoczeniu wstał bez żadnego problemu. Nawet nie musiał otrzepywać brunatnych szat, ponieważ nie nosiły na sobie śladów piasku i kamiennych okruchów. Niemożliwe, że wyszedł z tego bez szwanku. Starała się nie okazać strachu, który w jednej chwili opanował ją całą.
– Kim jesteś? – zapytała, cofając się o krok.
Jego żółte ślepia błysnęły, ale nie odpowiedział. Szybkim krokiem ruszył przed siebie, a ona popędziła za nim. Zniknął tak nagle, że przez ułamek sekundy myślała, iż wtopił się w ścianę. Moment później sama skręciła za rogiem i znów go ujrzała. Tym razem na wąskich schodach. Pokonywała po trzy stopnie jednocześnie, by jak najszybciej go dogonić.
– Kim jesteś? – powtórzyła, gdy znaleźli się na powierzchni. Dzienne światło zmusiło ją do zmrużenia oczu.
– Życiem.
Znała ten głos, ale i tak szerzej otworzyła oczy, gdy zobaczyła tę odrażającą twarz. Tam, gdzie jeszcze niedawno stał Opiekun, teraz znajdował się generał Bortus Vispanius Scipio w niemal pełnej zbroi, brakowało mu jedynie hełmu. Spróbowała rzucić się do ucieczki, ale zaplątała się w roślinach i upadła. Przerażona chciała zacisnąć dłonie na kępkach trawy, lecz jedynie przejechała paznokciami po kamiennej posadzce. Sapnęła zszokowana, rozglądając się wokół. Znów była w swojej celi, lecz tym razem nad jej głową znajdowało się burzowe niebo. Znów była sam na sam z rechoczącym Bortusem. Jego głos szarpał każdy jej nerw, doprowadzając całe ciało do drżenia. Z trudem łapała kolejne hausty powietrza. Bez podnoszenia się z ziemi przesuwała się do tyłu na łokciach. Szybko spotkała na swojej drodze przeszkodę. Gwałtownie podniosła głowę i od razu zmierzyła się wzrokiem ze strażnikiem, który już trzymał gotowy do użycia bicz. Chciała postąpić tak, jak zawsze, ale kulenie się w sobie nigdy nie przyniosło jej wolności. Nigdy nawet nie wywołało litości u jej oprawców. Nie dawało zupełnie nic.
– Zostaw! – wrzasnęła, gdy strażnik pochylił się, by zacisnąć swoje wielkie palce na jej ramionach.
10.

Koncept Ilustracja
Blask przecinającej niebo błyskawicy zmusił Divę do zamknięcia oczu. Gdy je otworzyła, strażnika już nie było. Rozejrzała się na boki. Wciąż ograniczały ją ściany celi, a Bortus stał naprzeciw niej w odległości kilku kroków. W półmroku najwyraźniej widziała jego wyszczerzone w drapieżnym uśmiechu poplamione krwią zęby. Ułamek sekundy później dostrzegła też świeżą krew na lśniącym pancerzu. Generał wciąż się nie ruszył, ale znów zaśmiał się równocześnie z rozchodzącym się wokół grzmotem, przez co Diva po raz kolejny struchlała.
Zacisnęła zęby, przez które teraz wydostawał się jej świszczący oddech. Chciała wstać, zanim Bortus zacznie się zbliżać, ale rozdygotane nogi nie zamierzały jej słuchać. Odwróciła wzrok od jego niemal jaszczurczych oczu, licząc, że doda sobie w ten sposób odwagi. Przecież przed zniewoleniem sporo walczyła, spędziła dziesiątki godzin na treningach, które kształtowały nie tylko ciało, ale też charakter. Była silna, zwinna i sprytna. W przypadku równych warunków w starciu sam na sam z Bortusem miała realne szanse na przeżycie. Warunki jednak nie były równe, dopóki jej ciało tężało na sam jego widok.
Z kolejną błyskawicą rozświetlającą całą okolicę, Bortus zaczął się zbliżać, a Diva ostatkiem sił ratowała się przed tym, by żałośnie nie zaszlochać. Kątem oka zauważyła leżący w jej zasięgu miecz, którego na pewno wcześniej tam nie było. Musiała tylko wydobyć z siebie wystarczająco dużo siły, by ruszyć ołowianymi kończynami. Musiała przezwyciężyć bezsilność, do której tak przywykła przez dziesiątki lat niewoli pod okiem okrutnego generała. Nauczył ją, że nie było sensu się bronić, bo to przynosiło jedynie więcej bólu. Tym razem jednak było inaczej. Tym razem jej ciało nie bolało od codziennej chłosty, a przyszłość nie malowała się w szarych barwach ciasnej celi.
Rzuciła się w stronę miecza, gdy Bortus swoim przeciął powietrze, by ostatecznie wbić ostrze jedynie w posadzkę. Gdy on wyszarpał broń z wyrwy w kamieniu, ona już stała na nogach gotowa do odparcia ataku. Na zdobnej rękojeści trzymała jedynie prawą dłoń, mimo że miecz bardzo jej ciążył. Wzięła głębszy oddech, błyskawicznie taksując wzrokiem masywną sylwetkę generała w poszukiwaniu słabszego punktu pancerza. Jej mięśnie wciąż drżały ze strachu, ale uparcie to ignorowała. Jeden fałszywy ruch i zginie w najgorszy możliwy sposób – z rąk Bortusa.
Uchyliła się przed silnym ciosem wymierzonym w akompaniamencie wściekłego wrzasku. Długie ostrze jej broni powędrowało prosto w okolice słabo krytego podbrzusza, ale chybiła, a miecz jedynie z piskiem zsunął się po pancerzu. Odskoczyła, gdy Bortus posłał kolejne mocne uderzenie prosto przed siebie. Była teraz nisko na kolanach, przez co wymierzyła cios w nogi przeciwnika. Ten jednak bez problemu odczytał jej intencje i nie tylko uniknął zranienia, ale również posłał ją na posadzkę atakiem łokcia w plecy. Diva uderzyła brodą o kamienną podłogę dokładnie w taki sam sposób, w jaki miało to miejsce, gdy strażnicy po raz pierwszy wrzucili ją do celi.
Odwróciła się na plecy i zdołała odbić spadający na nią cios. Nie wyszła jednak spod ostrza. Bortus napierał na nią, doprowadzając jej rękę do drżenia. Chwyciła miecz również drugą ręką. Wstrzymała oddech, próbując z całej siły odeprzeć atak. Brakowało jej powietrza, ale gdyby teraz rozluźniła mięśnie, by wziąć wdech, ostrze wbiłoby się w jej głowę. Odwróciła wzrok od zziajanej, ale znów zadowolonej twarzy oprawcy, by skupić go na rękojeści miecza. Charakterystyczne zdobienia na broni szybko zwróciły jej uwagę. Znała te subtelne, roślinne motywy, które nawet w słabym świetle mieniły się złotem. To był miecz jej ojca.
– Mówiłem, że po ciebie wrócę – warknął Bortus, jeszcze wzmacniając atak.
Milimetry dzieliły ostrze broni od skóry. Kolejna błyskawica przeszyła niebo, rozświetlając masywną sylwetkę generała i jego wygiętą we wściekłym grymasie twarz. Krople deszczu nieustannie skapywały z jego pancerza, ale Diva ich nie czuła. Nie czuła też, że miecz coraz mocniej opada i już rani jej brodę. Widziała, że Bortus porusza spieczonymi wargami, ale nie słyszała jego słów. Wybuchające w jej głowie myśli na ułamek sekundy zupełnie odcięły ją od tej sytuacji. Aż w końcu zalała ją fala wściekłości, która pozwoliła jej nieco oddalić broń.
– Nie uwolnisz się ode mnie – wycharczał po raz kolejny, ale tym razem jego głos jej nie obezwładnił.
– Nie boję się ciebie! – warknęła zezłoszczona, w pełni w to wierząc.
Odepchnęła atak Bortusa, czym powaliła go na ziemię. Szybko znalazła się nad generałem. Miecz ciążył jej w rękach, ale zdołała podnieść go nad głowę. Z okrzykiem wycelowała go w brzuch przeciwnika. Ostrze przebiło pancerz i bez problemu weszło w miękkie ciało. Wbrew oczekiwaniom Divy nie trysnęła krew, a Bortus nie wrzasnął z bólu. Zamiast tego dosłownie rozpłynął się w ciężkim od deszczu powietrzu tak samo, jak kamienna posadzka i ściany celi.
11.

Koncept Ilustracja
Diva nie znalazła się ani na popękanej suchej ziemi, ani w gąszczu roślin. To miejsce bardziej przypominało podziemie, z którego niedawno się wydostała. Nie było tu jednak wąskich korytarzy, a sufit znajdował się wysoko nad jej głową. Ogromne pomieszczenie było oświetlone przez wielkie skupisko energii. Fioletowo-niebieskie fale poruszały się jak żywa istota. Zaginały się i kołysały, układając się w kulisty kształt. Diva szeroko otworzyła oczy zaskoczona pięknem tej nietypowej sceny. Dopiero po chwili poczuła żar, który przyjemnie rozgrzewał przemokniętą skórę. Zaraz jednak zaczął być uciążliwy. Diva odwróciła wzrok od źródła światła. Rozbolały ją oczy.
Zbliżyła się do ściany, gdy fale energii zaczęły przenikać się bardziej chaotycznie. Nagle jedna z nich wystrzeliła w stronę Divy. Zdążyła uskoczyć, przez co na ścianie został zwęglony ślad. Gdyby się nie uchyliła, skończyłaby jako skwarka. Nie miała czasu, żeby o tym myśleć. Musiała rzucić się na ziemię, by uniknąć kolejnego pędzącego w jej stronę pocisku energii. Boleśnie uderzyła łokciami w kamienną posadzkę, ale nie przeszkodziło jej to w czołganiu się. Dotykała ścian, by znaleźć ukryte drzwi, jednak wszystko na marne. Nie wiedziała, jak ma się bronić przed niszczycielską energią. Pierwszy raz spotkała się z czymś takim. Nie czytała o tym w księgach, nie wspominano o tym nawet w baśniach.
Kolejny raz przeklęła w myślach swoją głupotę i nieostrożność. Jak mogła zgubić Kulę? Jak miała połączyć się z artefaktem, którego nawet nie potrafiła przypilnować? Nie była godna, by władać taką mocą. Powinna była umrzeć razem ze swoim plemieniem.
Coś przyciągało ją do energii krążącej w centrum pomieszczenia. Diva sięgnęła rękę w jej stronę. Nieświadomie zbliżyła się do niej na tyle, że żar zaczął parzyć jej skórę. Miała ochotę zniknąć w tej niezwykle pięknej sile.
Gdy na palcach pojawiły się bąble, nagle otrzeźwiona szybko przeczołgała się w stronę ściany. Dopiero wtedy poczuła ból. Potrząsnęła głową, by wyrzucić z niej dziwne, nienaturalne dźwięki, które splątały jej myśli. Jakby to energia do niej przemawiała. Przeciwstawienie się zniekształconemu głosowi okazało się niezwykle trudne. Diva była w stanie to zrobić jedynie dlatego, że w kącie pomieszczenia dostrzegła coś błyszczącego. Jej puls od razu przyspieszył, gdy zaczęła czołgać się w tamtą stronę. Fale energii wciąż przelatywały nad jej głową, a także uderzały w podłogę przed nią lub za nią. Jakimś cudem nadal żadna z nich nie trafiła w jej ciało.
Wyciągnęła rękę, by chwycić lśniący przedmiot. Jego gładka powierzchnia była ciepła. Diva od razu zrozumiała, że trzyma w dłoni Kulę. Nie miała pojęcia, gdzie ją zgubiła, więc tym bardziej nie rozumiała, jak Kula pojawiła się w tym miejscu. Przeznaczenie czy zwykłe szczęście? Nieważne. Ważne, że połyskiwała całą gamą kolorów, rzucając na pobliską ścianę różnobarwne światło. Artefakt zaczął lewitować nad jej dłonią. Świecił coraz mocniej.
Diva szybko podniosła się na łokcie, a następnie do siadu. Kolejna fala energii przeleciała dosłownie milimetry od jej twarzy. Od razu poczuła charakterystyczny swąd – unoszące się pojedyncze kosmyki jej włosów zostały spalone. Gwałtownie wstała. Wyciągnęła przed siebie rękę, tym samym zbliżając Kulę do coraz bardziej bezkształtnej masy. Siła, która zgromadziła się między artefaktem a energią, popchnęła Divę na ścianę. Boleśnie uderzyła tyłem głowy o kamienną płytę, przez co niemal osunęła się na ziemię. Kolana jej zmiękły, ale utrzymała się na nogach.
12.

DIVA Z KLANU ARMONIA - ILUSTRACJA ÁNGEL LUIS SÁNCHEZ
Energia zgromadzona w centrum pomieszczenia emanowała czerwonym światłem, kształtem zaczęła przypominać grubą kolumnę. Wirowała niezwykle szybko, wydając z siebie coraz głośniejsze dźwięki. Wręcz krzyczała do Divy, by ta rzuciła Kulę. Ona jednak całkowicie koncentrowała się na tym, by artefakt nie opadł na jej dłoń. Niemal nie słyszała tych piskliwych nawoływań. Za to doskonale czuła, że mieszające się siły coraz mocniej wpychają ją w ścianę. W ściśniętych płucach nie było powietrza, przez co Diva nie mogła wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Żadnego pokrzepiającego okrzyku czy zbolałego jęku.
Kula unosiła się coraz wyżej i świeciła coraz mocniej, jakby zabierając moc pulsującej energii. Diva musiała zmrużyć oczy. Mimo tego doskonale widziała nagły wybuch energii, która rozprysnęła się na wszystkie strony. Całe pomieszczenie zadrżało tak mocno, że Diva niemal się przewróciła. Zdołała ustać, ale nie uchroniło jej to przed bolesnym spotkaniem z fragmentami energii. Kilka z nich drasnęło jej ramiona, zostawiając na nich oparzenia.
Uniosła głowę, słysząc nad sobą dziwny hałas. Zanim zdążyła zareagować, ściana za nią się rozpadła. Sufit runął w dół. Kamienie gęsto przysypały Divę i całkowicie ją zasłoniły. Nawet najmniejszy kamyk nie sturlał się w dół gruzowiska. Do czasu.
Piaskowy pył wciąż unosił się w powietrzu, gdy jeden z kamieni u podstawy góry przesunął się o kilkanaście centymetrów. Całość runęła z hukiem, a Diva powoli zaczęła wyłaniać się spod ciężkich głazów. W końcu stanęła na równych nogach i obolała rozejrzała się wokół.
Po fioletowo-niebieskich falach energii zgromadzonych w centrum pomieszczenia nie było ani śladu. Chwilę później zniknęły również kamienne ściany i posadzka, a ostatecznie nawet góra gruzu. Kula powoli zaczęła opadać i zbliżać się do dłoni Divy. Spróbowała skupić się i podnieść ją wyżej, lecz artefakt jedynie nieznacznie się uniósł. Znacznie prostsze okazało się sprawienie, by wpadł w jej palce. Przejechała kciukiem po gładkiej, ciepłej powierzchni, która, mimo że już nie rzucała takiego światła jak przed momentem, wciąż połyskiwała różnymi kolorami.
Diva stała na tym samym wzgórzu, z którego rozpoczęła swoją wędrówkę po planecie Życie. Wzięła głęboki wdech i spojrzała do góry. Już nie miała nad sobą kamiennego sufitu, lecz turkusowe niebo. Ledwo zdążyła uspokoić oddech i tłukące w piersi serce, a już wysoko na nieboskłonie mignął błyszczący punkt. Zbliżał się w błyskawicznym tempie, a gdy zaczął towarzyszyć mu znajomy szum, Diva zyskała pewność, że to statek kosmiczny.
Czas wracać do domu.
Ciąg dalszy nastąpi...
ROZALIA SIARKOWSKA
In mind stories:
Użądlenia i obrzęki
Wyprawa na Sengrath
INNE
Występują:
- Diva
- Guardian
- Bortus Vipsanius Scipio
- Planeta Vida, rasa Dun