Ksiega Trzech.

CERBER

tavern songs

PL / EN

Przetrwanie

Karta 3

<    Karta 3   >

Na planecie Sin, gdzie każdy metr powierzchni został pochłonięty przez monumentalne konstrukcje, życie toczyło się w nieustannym rytmie industrializacji. Planeta była podzielona na regiony, w których dominowały różne sektory przemysłowe. W centrum znajdowały się olbrzymie laboratoria badawcze, gdzie inżynierowie i naukowcy pracowali nad technologiami przyszłości, a tuż obok rozciągały się wieżowce należące do korporacyjnych elit. Te dzielnice emanowały luksusem, zaawansowaną infrastrukturą i technologicznym przepychem. Z kolei na obrzeżach dominowały fabryki, składy surowców i przeludnione mieszkania robotnicze, gdzie bieda była codziennością. To właśnie w jednej z takich zaniedbanych dzielnic, w cieniu kominów fabrycznych i pod nieustannym deszczem przemysłowego pyłu, Atila przemierzał ulice, zmierzając do swojej przyjaciółki i mentorki.
Ten region był też znany z różnorodności mieszkańców. Planeta Sin przyciągała przedstawicieli każdej rasy Imperium – od sapiens i neandrów, poprzez klany Tech, Thiev i Corso, aż po odległych mieszkańców z galaktyk granicznych. Ulice były zatłoczone zarówno robotnikami, jak i kupcami, a w tłumie Atila rozpoznawał twarze należące do przedstawicieli Imperium Sap – genetycznie zaprogramowanych istot, takich jak on sam. Ich sylwetki wyróżniały się perfekcją i wydawały się niemal stworzone do przetrwania w trudnych warunkach industrialnej planety.

 

Mimo pozornego chaosu codzienności, wszędzie unosił się niewidzialny cień – obecność Imerio Sap, formacji uzbrojonej, której członkowie stanowili nieodłączny element krajobrazu miasta. Ich obecność nie była ostentacyjna. Nie krzyczeli rozkazów, nie zatrzymywali przechodniów bez powodu, nie ingerowali w bieżące sprawy mieszkańców. A jednak byli wszędzie – wmieszani w tłum, przemykający w cieniu wysokich budynków, patrolujący ulice z mechaniczną precyzją. Ich zbroje, lśniące w świetle neonu, wydawały się bardziej narzędziem kontroli niż ochrony.
Mieszkańcy nauczyli się ich ignorować, traktować jak jeszcze jeden element krajobrazu, jak ściany budynków czy dym unoszący się z przemysłowych kominów. Ale nikt nie mógł ich naprawdę zapomnieć. Każde spojrzenie rzucone w bok mogło natrafić na lustrzaną przyłbicę, pod którą kryły się beznamiętne oczy. Każdy ruch był obserwowany, każda rozmowa mogła być podsłuchiwana.
Nie było tu brutalności, nie było jawnego terroru. Była natomiast cisza – przytłaczająca i duszna, jakby powietrze samego miasta było naładowane strachem. Mimo że życie toczyło się dalej, a ludzie śmiali się, handlowali i kłócili, gdzieś w ich podświadomości tkwiło przeczucie, że wystarczy jeden nieostrożny ruch, jedno słowo za dużo, by zniknąć w cieniu bez śladu.
Atila patrzył na mijających go żołnierzy i nie mógł oprzeć się dziwnemu uczuciu. To, co kiedyś było dla niego rutyną, teraz wydawało się obce i niepokojące. Pamiętał, jak sam patrolował te ulice, jak wprowadzał porządek w czasie zamieszek, jak spoglądał na tłum z wysokości pancernej platformy, czując się strażnikiem Imperium. W tamtych czasach nie miał wątpliwości – wiedział, że jego obecność była konieczna, że to on i jego towarzysze powstrzymywali chaos, który mógłby pochłonąć miasto w jednej chwili.
A jednak teraz, widząc tych samych żołnierzy, odczuwał dziwne napięcie. Ich bezwzględna dyscyplina, ich precyzja, ich milcząca kontrola – wszystko to wydawało się czymś więcej niż tylko środkiem zapewnienia porządku. Czy zawsze tak było? Czy to on zmienił się, czy świat wokół niego stał się bardziej przytłaczający?

Tłumaczył to sobie zmęczeniem. Wiedział, że bez Imerio Sap nastąpiłby chaos. Tak go szkolono. Taką wiedzę wpajano mu od pierwszych dni w akademii. Nie było innej drogi – tylko siła mogła utrzymać ład. Tylko dyscyplina mogła zapewnić Imperium stabilność. A jednak w podświadomości kiełkowała myśl, której nie potrafił zdusić: jeśli to wszystko było konieczne, dlaczego czuł w sobie ten niepokój?

Położony w cieniu gigantycznych fabryk, sklepik był niemal niezauważalny dla przypadkowych przechodniów. Jego witryna, ozdobiona ręcznie malowanymi znakami, wyróżniała się wśród monotonnych, szarych budynków. Ciepłe światło, które przebijało się przez okna, nadawało temu miejscu aurę bezpieczeństwa i domowego ciepła, co było rzadkością w tej części miasta. W powietrzu unosił się zapach świeżo pieczonych bułek, który kontrastował z metaliczną wonią przemysłu.
Atila, idąc wąską uliczką w kierunku sklepiku, nie mógł nie zauważyć kontrastu między ciasnymi ulicami a monumentalnymi wieżowcami widocznymi w oddali. Padał deszcz, kroki odbijały się echem od popękanego asfaltu. Czuł na skórze wilgoć i kurz, które zdawały się być częścią tego miejsca. Jednak gdy zbliżał się do sklepiku, zapach ciasta i ciepły blask witryny wywołały w nim poczucie nostalgii.
Kiedy wszedł, dzwonek przy drzwiach zadzwonił cicho, ogłaszając jego przybycie. Wewnątrz panował zgiełk rozmów, a mały tłum klientów wydawał się całkowicie pochłonięty swoimi zakupami. Znajomy głos, wciąż tak ciepły jak za czasów jego młodości, docierał do Atili niczym powiew świeżego powietrza. Meridia, stojąca za ladą, była zajęta sprzedawaniem bułek, lokalnego przysmaku, połączenie słodko-kwaśnego ciasta z odrobiną słodzika i solidną porcją kremu Koktons.
Meridia, z wprawą i precyzją, obsługiwała klientów. Jej ruchy były szybkie, niemal mechaniczne, ale mimo to nie traciły swojej gracji. Jej srebrzyste oczy, kontrastujące z ciemną skórą, wyłaniały się zza lady, a uśmiech na twarzy dodawał jej niezwykłego uroku. Nawet w tym chaotycznym miejscu promieniowała spokojem, który przyciągał ludzi. Atila przystanął na moment, obserwując tę scenę, zanim zrobił krok w jej stronę, a jego wejście przyciągnęło spojrzenia kilku klientów.

-Ach, Atila! – powiedziała z uśmiechem Meridia, zauważając go, choć wciąż z wprawą obsługiwała kolejnego klienta. «Jeszcze chwilę, zaraz zamknę sklep. …

Atila Imperio Sap
<    Karta 3   >