Stories From The Planets

Głos

Page 1/2

    Page 1/2  >

W laboratorium wciąż pachnie czymś pomiędzy rozkładającymi się produktami a smarem do kół zębatych. Nic nie ucieknie od tej depresyjnej atmosfery, która żyje między ścianami, które były świadkami wszelkich możliwych nikczemności w postaci krzyków, jęczeń, a przede wszystkim – procesu tworzenia sztucznego życia.
Niektórzy z Homo Deus przechadzają się korytarzami. Bliskość ścian daje klaustrofobiczne wrażenie i dławi wszelkie przejawy wolnej woli, które ci naukowcy – jak sądzą – mogą ukrywać w zakamarkach mózgu. Wszyscy rozmawiają o tym, jak ważny jest ten dzień, jak gdyby wszystko miało się radykalnie zmienić, wprowadzając imperium Umerium w nową fazę egzystencjalną.
Doktor Anolión, który przyleciał ostatnim sterowcem tego dnia, mija ochronę stworzoną przez partyzantów i zagłębia się we wnętrzności budynku. Mimo że był on jego pomysłem, nigdy w pełni go nie zadowalał. Doktor nienawidzi każdej spędzonej w nim minuty.
W miarę jak posuwa się naprzód skorodowanymi przez brak jakiegokolwiek czyszczenia metalowymi korytarzami, mija swoich współpracowników. Niektórzy patrzą na niego dziwnie, inni z podziwem i niewidoczną na pierwszy rzut oka nienawiścią. Doktor ma wrogów w całym laboratorium.
Kiedy próbuje kupić sobie kawę, zdaje sobie sprawę, że jego konto jest puste. Był przekonany, że po Umerium odzyska swoje przywileje i korzyści z bycia doktorem zatrudnionym przez galaktyczny rząd we własnej osobie. Jednak w tym wypadku nie pozostaje mu niestety nic innego, jak wypić tę brudną wodę, którą niektórzy błędnie biorą za płynną kofeinę.
– Dzień dobry, Doktorze Anolión. Oto wreszcie nadszedł ten dzień.
Anolión bierze łyk tego świństwa, które piją pracownicy gorszego sortu. Zachodzi w głowę, jak to się stało, że ze swoim geniuszem nie zasłużył sobie na tak proste rzeczy, jak
zdatna do picia mikstura z samego rana.
– Reigin już przyleciał? – pyta dobry doktor.
– Oczywiście. Jest tutaj od wczoraj. Prawie w ogóle nie spał.
– Ten człowiek któregoś dnia umrze ze stresu.
Kobieta, która stanęła u jego boku wciąż czuje się niezręcznie. Wydaje się oczekiwać od Anoliona czegoś, czego nie może dostać.
– Nie.
– Słucham?
– Nie możesz uczestniczyć.
– Ale…
– Jesteś tylko studentką, Klerio, nie możesz być na pierwszej linii. Przykro mi.
Nie mówiąc nic więcej, Doktor zostawia dziewczynę. Ta, niepocieszona, ciska dzbankiem kawy o ścianę, pozostawiając w niej ciemną gorzką dziurę.
Doktor nawiguje ponownie pomiędzy korytarzami, w których brud jest na porządku dziennym, aż dociera do jednego z pokojów kontrolnych. Żołnierze Sap-C sprawdzają jego tożsamość i pozwalają wejść.
– Dzień dobry, Doktorze – mówi jeden z naukowców. – Już myśleliśmy, że nie zjawi się pan na demonstracji. Wiele głosów poddawało w wątpliwość pańskie rzeczywiste zainteresowanie tym projektem. Cieszy mnie, że zdecydował pan nie ulec pokusie.
– Jakiej pokusie? – odpowiada sucho Doktor, zakładając kombinezon ochronny.
– Wie pan… Sprzedania pańskiego pomysłu…
– Nie wszyscy są takimi nieudacznikami jak ty. Otwórz mi.
Naukowiec robi agresywny gest, ale wie, że zanim wziąłby jeden oddech, miałby na karku Sap-C.
Anolión kontynuuje swoją podróż przez te niemożliwe wnętrzności, aż dociera do ostatniego punktu kontrolnego. Tam, wśród wielu Sap-C i innych urzędników wojskowych czeka generał Reigin.
– Ah, Anolión… – mówi generał.
– Doktor Anolión, jeśli to dla ciebie nie problem.
– Wybacz mi, Doktorze – Reigin poprawia sobie mundur w geście wyrażającym
skrępowanie. – Najwyższy czas, abyś zaszczycił nas swoją obecnością.
– Czas nigdy nie był moim sprzymierzeńcem, generale. Wiesz o tym.
– Nie traćmy więcej czasu.
Doktor kończy zakładać kombinezon, który w przeszłości przyprawił go o tyle bólów głowy. Ten ubiór oznacza krzyki, ból, krew… Całą listę rzeczy, których nie chciałby
ponownie przeżywać, a przynajmniej nie dzisiaj. Ukończenie tego projektu oznaczałoby uściśnięcie dłoni samego Imperatora. Ponownie udowodniłby swoją wartość jako naukowiec i kluczowy zasób Imperium.
– Kiedykolwiek pan sobie życzy, Anolión… Ekhm, Doktorze…
Rzucając spojrzenie, które mogłoby zniszczyć wulkan Fregny, Doktor przechodzi do
systemu dekontaminacji, gdzie przyjmuje go jego dwóch najlepszych pomocników. Po wymianie kilku zdań, przygotowują się do wejścia do komory głównej z niezwykle ponurymi oczekiwaniami.
– Wszyscy proszę podejść bliżej! Oto się zaczyna!

    Page 1/2   >