Stories From The Planets

PL / EN

Oczy przodków

Page 1/2

  Page 1/2   >

Odprawa drużyny odbywała się, jak zawsze, na wysuniętej, rozległej półce skalnej, wewnątrz góry Maligna, przekształconej wieki temu na siedzibę wojsk. To tutaj Thanzorowie, posiadający szczególne predyspozycje fizyczne, byli od najmłodszych lat szkoleni do walki i bezwzględnego posłuszeństwa. Ich ciała i umysły poddawano wyszukanym próbom, tak, aby uzyskać idealne jednostki do zabijania, wytrzymałe na ból, nie znające strachu i przede wszystkim nie posiadające własnego zdania. Młode osobniki, zaraz po odchowaniu, zabierano i wcielano do grup szkoleniowych, a następnie przydzielano do formacji zgodnych z ich zdolnościami i osiągnięciami.
W przypadku Thanzorów trudno było mówić o bólu rozłąki, czy tęsknocie za domem. Rozrost ich populacji całkowicie kontrolowały władze Umerii, a każda nowa jednostka miała z góry zaplanowaną rolę w niewolniczej społeczności i była przystosowywana do niej, tak szybko, jak tylko się dało. Oczywiście, oficjalnie, ich cywilizacja uzyskała niepodległość po podpisaniu konwentu zrzucającego piętno niewoli. Powstał wówczas klan Thiev, zrzeszający wszystkie niewolnicze kolonie, a jego przywódca, Pablo Escoche, wraz ze swoją prawą ręką Loopem Imposem uczestniczyli w radzie klanów. W rzeczywistości jednak, dla większości Thanzorów niewiele się zmieniło, nie mogło, wolność jednostek generuje wysokie straty i z reguły jest dosyć kłopotliwa dla władz.

Tyle, mniej więcej, wiedział na ten temat niedawno awansowany na generała wojsk umeryjskich, Alles Mong, który przybył do Thiev, aby objąć stanowisko inspektora nadzorczego. Jego błyskawiczna kariera, z którą wiązało się powierzenie tak odpowiedzialnego zadania, napawała go wielką dumą. Pychą tak oślepiającą, że zupełnie nie zauważył, że właśnie wpakował się w najgorszą robotę, jaką można było sobie wyobrazić. Niebawem miał się o tym przekonać. Na razie, po zakwaterowaniu
i krótkim odpoczynku, zmierzał na odprawę pierwszej elitarnej drużyny Thiev, której dowódcą był sławny Mongus Biavher, wielokrotnie odznaczony i zaprawiony w bojach wojownik, znany ze swej brutalności i zamiłowania do skracania przeciwników co najmniej o głowę. Co więcej, był on posiadaczem jednej z mitycznych dla Thanzorów broni, która, jako nieliczna, zasłużyła sobie na własne imię. Lituhaucam, bo tak nazywał się ów miecz, został ponoć wykuty z niezwykłego stopu metali, pozyskanych z samego serca góry Maligny, zaś miast tradycyjnego ostrza, miał wtopione w trzon płytki z czarnego diamentu karbonado.

Mimo, iż korytarze, którymi zmierzał generał były dość przestronne, podróż nimi nie należała do najprzyjemniejszych. Nikłe, przytłumione światło malowało na skalnych ścianach dziwaczne kształty, a kolejne zakręty dało się dostrzec zaledwie kilka metrów przed dotarciem do nich. Wszystko to powodowało odczucie niepewności i nieprzyjemnego niepokoju. Wreszcie przewodnik, za którym podążał Alles zatrzymał się tuż przed potężnymi wrotami. Listwa świetlna umieszczona tuż nad nimi, pozwoliła Mongowi dokładnie im się przyjrzeć. Były niemal idealnie gładkie i wykonane prawdopodobnie ze stopu metalu, znanego jedynie Thanzorom, o czym świadczyła ich niecodzienna barwa – głęboka czerń lekko opalizująca odcieniem granatu. Mimo wrażenia ogromnej masy, brama ustąpiła lekko po przekręceniu koła i opuszczeniu niewielkiej dźwigni. Towarzyszył temu dźwięk obracających się zębatek i przesuwanych sworzni. Przejście na drugą stronę powodowało niemały szok, dla kogoś, kto nie przywykł do specyficznej architektury Thanzorów. Z wąskiego korytarza wychodziło się bowiem na półkę skalną, za którą rozciągała się przeogromna przestrzeń naszpikowana dziwacznymi wieżami, których zarówno podstawy jak i szczyty niknęły poza zasięgiem wzroku. Strzeliste budowle połączone były niezliczoną ilością mostów, tak, że całość przywodziła na myśl ogromną jaskinię pełną stalagnatów, oplecionych przez oszalałego pająka.

Generałowi zaczęło się kręcić w głowie od tego widoku, skupił się więc na zadaniu i na drużynie, której odprawy miał być świadkiem. Wojownicy stali w szeregu, choć, biorąc pod uwagę różnice w ich wzroście i posturach, zniekształconych przez różnorodne deformacje, ciężko było stwierdzić czy tworzą równą linię i czy w ogóle jest to możliwe. Ustawieni byli tyłem do urwiska. Legendy głosiły, że za najdrobniejszą niesubordynację, dowódca ma prawo posłać żołnierza wprost w przepaść, ziejącą tuż za jego plecami. Alles nie do końca był pewien, czy to tylko wymyślona historyjka, choć uważał takie postępowanie za skrajnie nieekonomiczne. Każdego buntownika można złamać na setki różnych sposobów, a później nadal mieć z niego użytek, może nawet większy niż wcześniej.
Mongus Biavher, dowódca drużyny, powitał krótko inspektora i bez zbędnych słów przeszedł do odprawy swoich podkomendnych. Jako jedyny miał odsłoniętą głowę, dzięki czemu Mong mógł dokładnie przyjrzeć się jego twarzy i w głębi duszy cieszył się, że nie musi oglądać pozostałych. Czuł obrzydzenie do tych istot, które, generalnie posiadając kształty humanoidalne, odznaczały się szczególną brzydotą. Pozostali żołnierze uzbrojeni byli od stóp do głów w czarne, mocne pancerze. Nawet ich oczy były przesłonięte ciemnym kryształem, przez który z zewnątrz nie było widać nic poza własnym odbiciem. Wyglądali jak maszyny bojowe, a ich zachowanie i dokładność wykonywania poleceń tylko potęgowała to wrażenie. Każdy rozkaz dowódcy był wcielany w życie natychmiastowo, mechanicznie i precyzyjnie, co przy ogromnych posturach wojowników i niejednokrotnie dziwacznych kształtach ich ciał, wydawało się przerażająco nienaturalne. Generał Alles Mong był jednak człowiekiem przepełnionym pychą, całkowicie przekonanym o wyższości swojej rasy, a już na pewno o wyższości nad klanem Thiev. Nie zauważył na czas zagrożenia, widział tylko ślepe posłuszeństwo żołnierzy i widok ten go cieszył, wszystko co wiedział o Thanzorach właśnie mógł obejrzeć na własne oczy. „Tępe istoty, maszyny do walki, idealni niewolnicy” – myślał w duchu. Jak później miało się okazać, wiedział niewiele.
Jedynym usprawiedliwieniem jego arogancji, mógł być fakt, że nie widział spojrzeń, wszystkich co do jednego, skierowanych wprost ku niemu. Spojrzeń, w których została rozpalona iskra praprzodków. Zapewne taki sam, ognisty blask mogli dostrzec pierwsi obcy przybyli na ziemie Thanzorów. Tuż przed śmiercią.

Mongus Biahver

Alles Mong

    Page 1/2   >