Stories From The Planets

PL / EN

Oczy przodków

Page 2/2

<  Page 2/2  >> 

Góra Maligna została zaadaptowana głównie z myślą o strukturach wojskowych,
w rzeczywistości stanowiła jednak swoistą metropolię. Na przestrzeni wszystkich kondygnacji różnorodne klasy Thanzorów pełniły swoje role, dzięki czemu monumentalny masyw stał się całkowicie samowystarczalny. Od najgłębszych czeluści, gdzie znajdowały się hodowle i farmy, przez kotłownie, laboratoria, koszary wojskowe, sale treningowe i pracownie rzemieślnicze, aż do przestrzeni mieszkalnych, tętniło bardzo urozmaicone życie.
Qyarkh mogła czuć się wyróżniona, gdyż w pewnym sensie była ponad tym wszystkim. Może nie pod względem hierarchii, ale z pewnością wysokości, na której się znajdowała
i podejmowała codzienne zadania. Właśnie po raz kolejny skrupulatnie przeglądała swój sprzęt, gdy do hali zaczęli schodzić się pozostali zbieracze. Przyszła wcześniej, żeby mieć pewność, że będzie gotowa, gdy rozlegnie się komenda do skoku. Wszystkie klamry, karabińczyki, olinowanie i uprząż były w znakomitym stanie, pozostało tylko upewnić się, że elementy są ze sobą odpowiednio spasowane. Wydaje się być w porządku… cóż, jeżeli nie, przekona się o tym na własnej skórze, najpierw bardzo szybko, a na końcu zdecydowanie boleśnie, ponadto będzie miała sporo czasu na przeanalizowanie błędu, spadając niemal
z samego szczytu góry. To były jej pierwsze samodzielne zbiory, schodziła już po zboczu, ale zawsze w asekuracji kogoś dużo bardziej doświadczonego.
Szkolenie Qyarkh rozpoczęło się bardzo wcześnie, od najmłodszych lat wykazywała odpowiednie predyspozycje – była lekka i gibka, ponadprzeciętnie wytrzymała na zmienne warunki otoczenia. Jej stopy zaczęły przybierać charakterystyczny kształt i podejrzewano, że dziewczyna może z czasem ujawnić coraz rzadziej spotykaną umiejętność adhezji. Na dowód nie musiano długo czekać, było to w dniu, w którym protektorzy grupy młodocianych Thanzorów odkryli, że Qyarkh zniknęła. Stracili sporo czasu na poszukiwania, zanim jeden starszy mechanik, wezwany do sprawdzenia drzwi zabezpieczających pomieszczenie, podszedł do opiekunów i unosząc palec wskazujący rzekł: „Ruszcie głowami!”. Widząc brak zrozumienia na twarzach rozmówców, westchnął ciężko i uprzejmie wyjaśnił, że nie oczekuje od nich tak ciężkiej pracy jaką jest myślenie, prosi jedynie by łaskawie zechcieli spojrzeć w górę. Jak się okazało, Qyarkh była cały czas na miejscu, tyle tylko, że wspięła się po pionowej ścianie niczym pająk i z ciekawością przyglądała się wszystkiemu uczepiona gładkiej skały, tuż pod sklepieniem pomieszczenia. Była wtedy bardzo mała, nie poznałaby tej historii, gdyby nie fakt, iż wspomnianego mechanika tak rozbawiła cała sytuacja, że postanowił śledzić rozwój wydarzeń, obserwował postępy młodej Thanzorki i z czasem przejął nad nią opiekę, słusznie podając się za pierwszą osobę, która odkryła jej zdolności. Od tego zdarzenia minęło dużo czasu, szereg szkoleń, morderczych treningów sprawnościowych i prób umysłowych. Ostatecznie zadecydowano, że Qyarkh najlepiej sprawdzi się w pracy zbieracza, potocznie nazywanego też skoczkiem. Dzisiaj miało się okazać, czy rzeczywiście tak jest.
– Bzzzzz krghk! – zgrzyt z głośników wyrwał dziewczynę z zamyślenia. Po chwili rozległ się beznamiętny, mechaniczny, kobiecy głos:
– Przygotowanie do skoku…
Qyarkh pośpiesznie podociągała paski uprzęży, sprawdziła swobodę ruchów, poprawiła ochraniacze na stawy, zapięła kombinezon pod szyję i sięgnęła po kask. Tuż po włożeniu go na głowę i opuszczeniu przedniej szybki, przed oczami dziewczyny pojawił się panel główny systemu wspierającego zbieraczy w czasie misji. Interfejs zaprojektowany był tak, by nie ograniczać widoczności użytkownikowi, w każdej chwili mógł on jednak skierować wzrok na dowolną zakładkę, w której znajdowały się ważne informacje, między innymi parametry życiowe, stan oprzyrządowania, ostrzeżenia o zagrożeniach i powiadomienia na temat ogólnych warunków na powierzchni. Było to niezwykle przydatne urządzenie, ale Qyarkh nie przepadała za nim. Lubiła swobodę i chętnie spróbowałaby skoku bez tych wszystkich technologicznych wspomagaczy, tak jak robiono to przed wiekami.
– Potwierdzenie gotowości do skoku…
Skierowała wzrok na zakładkę logowania i zatwierdziła swoją gotowość, następnie podeszła do wyznaczonego dla niej stanowiska naprzeciw jednej z kilku masywnych bram, dzielących skoczków od świata zewnętrznego. Wrota pomału zaczęły się unosić wydając przy tym głuchy, ponury odgłos, a przez powiększającą się stopniowo szczelinę coraz śmielej przedzierały się podmuchy chłodu. Równoczesna praca wielu mechanizmów sprawiała, że pod stopami wyczuwało się wyraźne drganie. Proces kończył głośny metaliczny szczęk blokujących się potężnych zębatek. Po chwili padły kolejne, dobrze znane komendy:
– Podpięcie olinowania…
– Pozycja…
– Skok!
Qyarkh odbiła się silnie od rampy i wyskoczyła w przestrzeń wypełnioną szaraworudymi chmurami. Odliczała w głowie czas, który jest potrzebny, by polecieć odpowiednio w dół, tak aby znaleźć się najbliżej obiektów zbioru. Mimo hełmu słyszała świst uprzęży w szaleńczym tempie ocierającej się o linę główną. W odpowiednim momencie uruchomiła blokadę i poczuła silne szarpnięcie, po czym mocno i nieco boleśnie uderzyła w zbocze góry. Od razu przylgnęła do skalnej ściany i korzystając ze swojej wrodzonej przyczepności zaczęła kierować się do wyznaczonych celów. Kątem oka zauważyła dron z pojemnikiem na zbiory, który dzielnie podążał za nią, w odległości odpowiedniej do umieszczenia w nim zdobyczy. „Dawniej zbieracze nosili kosze na plecach…” – przeszło przez głowę Qyarkh i sama wbrew sobie musiała przyznać, że w niektórych przypadkach technologia się przydaje.
Przemierzając krok po kroku skalną ścianę zbliżyła się do Aczwili, pustynno-skalnej rośliny,
z której liści pozyskać można śluz, o wyjątkowych właściwościach leczniczych. Nie tylko odkaża i zasklepia rany, ale również sprawia, że nawet bardzo głębokie obrażenia goją się niespotykanie szybko, często nie pozostawiając po sobie nawet śladu. Nie wyglądała szczególnie imponująco, niczym długie, na wpół zwiędłe liście wyrastające bezpośrednio ze skały i opadające na jej zbocze. Zadaniem zbieraczki było pozyskanie jak największej ilości materiału, gdyż odmiana ta była dość skąpa w tym regionie, a zapotrzebowanie wojska na jej substancję ogromna. Liście należało przyciąć jak najbliżej miejsca, z którego się pleniły,
z pominięciem tych najgrubszych, bardziej skórzastych, bez których roślina by obumarła. Qyarkh wyciągnęła swój nóż, niezbyt duży, z ostrzami po obu stronach rękojeści, jednym większym, półokrągłym, drugim małym sierpowatym. Przytrzymała pierwszy płat, precyzyjnie go odcięła i zwinęła w rulon, tak aby zmieścił się do otworu w koszu drona. W ten sposób udało się pozyskać w sumie sześć liści, co było niezłym wynikiem. Przy sprzyjającym szczęściu miała szansę znaleźć na swojej trasie jeszcze jedną lub dwie Aczwilie. Na razie kątem oka dostrzegła kolejny ciekawy twór, o wdzięcznej nazwie Lithulya. Już z daleka można było dostrzec turkusowo fioletowy kwiat, wyraźnie odcinający się od ponurego otoczenia. Zbieraczka zjechała nieco niżej na linie i podpełzła do rośliny, równie dziwacznej jak jej poprzedniczka
i o całkowicie przeciwnych właściwościach. Tuż pod barwnymi płatkami, Lithulya składała się z bulwiastej łodygi naszpikowanej tysiącami ostrych kolców. Nawet najmniejsze skaleczenie mogło spowodować przeniknięcie śmiertelnej trucizny do organizmu, dlatego Qyarkh musiała posłużyć się strzykawką z długą, dosyć grubą igłą. Nakłuwając roślinę w kilku miejscach ściągnęła wystarczająco dużo substancji, by zapełnić wszystkie fiolki, przechowywane
w specjalnej kasetce w dronie. Jak widać, trucizna też była w cenie.
W trakcie całej wyprawy, dziewczynie udało się zebrać całkiem sporo cennych okazów, w tym kilka kolejnych liści Aczwili, dwie kępki nieźle opłacanego mchu błękitnego i niewielką ilość ekstraktu z Mimchiry, głownie na potrzeby laboratoryjne, jako świetny katalizator wielu reakcji. Pozostało jej jeszcze trochę czasu, zanim skoczkowie będą wzywani do powrotu na rampę. Wspięła się więc nieco wyżej i upewniła, czy w zasięgu wzroku nie ma innych zbieraczy, po czym zrobiła obrót wokół liny i oparła plecami o zbocze góry. Podniosła szybkę kasku,
a zimne, rześkie powietrze owiało jej twarz. Trwała tak chwilę z zamkniętymi oczami, chwytając nozdrzami oszałamiającą woń swobody, po czym, wiedząc, że nie ma zbyt wiele czasu, postanowiła rozejrzeć się wokół. Kraina rozciągająca się u stóp Maligny miała zdecydowanie osobliwy charakter, na przemian naszpikowana ostrymi szczytami gór
i łagodnymi wydmami pustyni, wyglądała jakby jakiś obłąkany płatnerz, o chorych ambicjach, próbował rozprostować pancerz sponiewierany przez oszalałą bestię. Krajobraz nie był rozległy, nad planetą wiecznie wisiały ciężkie czerwono-rude chmury, jednak nawet niebo nie zdołało pomieścić ich ogromu, rozlewały się więc na powierzchnię w postaci pływających, gęstych mgieł. „Niby na zewnątrz, a i tak w zamknięciu…” – pomyślała cierpko Qyarkh. Już od dawna miała ochotę spokojnie popatrzeć na planetę, ale było to działanie wbrew regulaminowi i w obecności opiekuna absolutnie niedopuszczalne, dlatego do tej pory chwytała kątem oka jedynie skrawki widoku. Teraz jednak czuła się rozczarowana, sceneria była monotonna i przytłaczająca, zupełnie inna niż ta malująca się w jej wyobraźni. Dziewczyna zaczęła się zastanawiać czy cały świat tak wygląda. Nie znała niczego poza wnętrzem góry,
a i nikt nie kwapił się do edukowania mieszkańców w tym temacie. Każdy miał swoją rolę do spełnienia, pracę do wykonania, zupełnie jak żywe tryby potrzebne tylko po to, aby ta wielka machina jakoś funkcjonowała i przynosiła korzyści, bynajmniej nie dla jej rasy.
Już miała się odwrócić i zacząć wspinać na rampę, jeszcze tylko raz spojrzała w dal, starając się wytężyć wzrok, jakby to mogło przebić zasłonę oparów. Niespodziewanie przesuwająca się powolnie mgła na moment odsłoniła dziwny obiekt, daleki i niewyraźny, ale… zupełnie nie pasujący do całej reszty. Qyarkh zaczęła się wspinać nieco wyżej dla lepszej widoczności, gdy nagle poczuła pod palcami śliską maź, a w nozdrza uderzył ją koszmarny odór. Natychmiast zamarła, dłoń momentalnie zaczęła piec i drętwieć. Dziewczyna poczuła coś dziwnego, coś co sparaliżowało ją od środka, jakby ogromny bęben wybijał w jej wnętrzu szalony rytm i nim zdążyła jakkolwiek zareagować usłyszała przenikliwy wrzask. Chwilę później coś uderzyło w nią z niesamowitą szybkością i siłą, tak, że została zmieciona ze zbocza góry i zatoczyła niemal sto osiemdziesiąt stopni w górę. Opadając udało jej się tylko zauważyć fragment ogromnego błoniastego skrzydła i swój dron prujący z działek laserowych. Qyarkh poczuła kolejne szarpnięcie, przeszył ją niewyobrażalny ból od barku aż po biodro, a chwilę później zalała fala gorąca. Zawisła bezwładnie na swojej linie kołysząc się lekko jak makabryczna kukiełka. Dalej była już tylko ciemność.

Mongus Biahver

Alles Mong

<  Page 2/2  >>
Pages

Page 1

Page 2